Recenzje

2020-03-20
Morrissey - "I Am Not A Dog On A Chain"
Morrissey nie daje za wygraną i po strasznie słabym Low in High School i albumie z coverami udanie zdaje sesję poprawkową świeżym materiałem.
Wykonawca: Morrissey
Wytwórnia: Warner Music Poland
Rok wydania: 2020

I Am Not a Dog on a Chain, jak zwykle fantazyjnie zatytułowana płyta, to kolejna porcja myśli Moza ubranych w mniej lub bardziej poetyckie piosenki. Kiedyś jego numery były jak opowieści, jak poematy, które uchylają tajemnic serca i duszy przed ciekawskimi świata czytelnikami. Dziś, od kilku już płyt, które Moz skądinąd płodzi regularnie, chętnie i gorliwie, jego piosenki zaczęły przypominać felietony: takie, w których znany z ostrego języka redaktor pastwi się nad ludzką głupotą, ubierając w coraz bardziej cięte analogie krytykę tego świata. Jego słuchacz ma z tego tytułu trochę przekichane, albowiem musi nie tylko sprostać wyzwaniu zrozumienia przekazu Moza, ale też poświęcić dużo cierpliwości formie tych kompozycji. Morrissey ma gadane, wiemy to nie od dziś; tylko, że jego zapał i talent do gadania powodują, że jego piosenki stają się tyradami na temat, gdzie muzyka i kompozycja są w stu procentach podległe słowom.

I Am Not a Dog on a Chain nie jest od tego, niestety, wyjątkiem; wystarczy posłuchać takich numerów jak: „What Kind of People Live in These Houses”, „Darling, I Hug a Pillow” czy „My Hurling Days Are Done”. Już same te tytuły brzmią jak nagłówki z The Sun, którym zresztą Moz brzydzi się równie mocno, co producentami mięsa i swoimi byłymi kolegami z The Smiths. On sam zaczyna przypominać w tym typ samotnego dziadka, który przychodzi od 35 lat do tego samego pubu w Anglii, zamawia to samo piwo i mamrocze pod nosem, co mu leży na wątrobie, urbi et orbi. Nikt go nie słucha ani nie traktuje poważnie; w najlepszym razie dostanie piwo na koszt firmy od barmana. Morrissey swoim ego, poglądami, potencjałem intelektualnym i osłuchaniem wypełnia tą muzykę po brzegi. Jasne, to są jego numery i może z nimi robić, co mu się podoba. Ale słuchacz wie, kiedy ego przerasta muzykę; a wcale tak być nie musi. Największe gwiazdy, na czele z Davidem Bowie, którego Moz znał i podziwiał, potrafią sprawić, że ich osoby nie są w ich muzyce kluczowe. To ogromna sztuka.


I tutaj właśnie przychodzi największa zaleta tego krążka. Morrissey’owi udaje się w paru momentach wyrwać swojemu ego i zwyczajnie zagrać dobry, porywający, ciekawy numer. To są te chwile, gdzie słychać bogactwo instrumentów, gitary, smyczki, trąby, całą tą elektronikę, a nawet wokal chórzystki; do tego okiem wyobraźni widać, jak nasz bohater w błyszczącej marynarce tańczy jak John Travolta. To są te chwile, gdy Moz spuszcza z tonu i nie idąc na żadne kompromisy po prostu zabawia nas świetnymi numerami, które porywają ze sobą słuchacza, choćby na te kilka minut. Od razu kłania się przeszłość The Smiths i ten doskonały tandem poety-wokalisty i muzyka-kompozytora; Moz i Marr potrafili bezbłędnie zmieścić w swoich numerach lirykę i przebojowość, chwytliwe melodie oraz tą typową zabawę słowami i formą piosenki. Ta zabawa nadal w Morrissey’u jest, on to wciąż potrafi, czego owocem na tej płycie są trzy perełki: singlowy, bogaty „Bobby, Don’t You Think They Know?”, taneczne, syntetyczne „Once I Saw the River Clean” oraz popowy, angielski „Knockabout World”.

Podsumowując, żeby lubić muzykę Moza trzeba lubić jego samego, wiedzieć jak go rozumieć, jak z nim „rozmawiać” – korespondencyjnie, przez płyty. Trochę już tych krążków nagrał i naturalnie znajdziemy wśród nich zarówno hity, jak i pudła. I Am Not A Dog On A Chain zawiera jedno i drugie, chociaż tak barwnej postaci jak Moz można sporo wybaczyć, nawet, jeśli przynudza lub irytuje. To kolejny element układanki, który ma swoje miejsce w reszcie obracającej się wokół niego konstelacji.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load