Recenzje

2020-03-25
Skalpel - "Highlight"
Dwie dekady istnienia i tylko cztery płyty. To chyba najlepszy dowód swoistej ekskluzywności, jaką charakteryzuje się twórczość Skalpela. Najnowsze dzieło wrocławskiego duetu zatytułowane „Highlight” dodaje kolejnych barw do ich wyjątkowego świata.
Wykonawca: Skalpel
Wytwórnia: No Paper Records
Rok wydania: 2020

Czasy, kiedy Skalpel był przedstawicielem wytwórni Ninja Tune minęły. Dziś, jak mówią Igor Pudło i Marcin Cichy, ów label nie jest już tym, czym był 20 lat temu, a i muzyka duetu się zmieniła. Przede wszystkim zyskała powietrze i przestrzeń. Otwierający płytę utwór „Blow” jest tego jednym z dowodów. To podniebny, delikatny, ciepły feeling z nieznacznie muskającymi loopami i ambientową zasłoną. Kolejny „Cold Air” to nieco większy minimalizm z precyzyjnym timingiem i świetnymi loopami perkusji. Brzmienia bębnów to zresztą jeden z kluczowych elementów tej płyty. Ich ułożenie, zapętlenie i barwy, determinują całe „Highlight”.

W „Quicksilver” te łamańce nabierają prędkości, kojarząc się nieco z drum ‘n’ bassem, ale już w „Escape” robi się ponownie miło, słonecznie i... transowo. To idealny numer do setu dj-skiego w ramach silent disco. Z kolei „Distatnt” kłania się nieco jazzowej odsłonie Skalpela (ten kontrabas i bębny), choć nie brak mu i zwiewności. Natomiast absolutnym popisem jest „Pull Closer”. Na tle mocno połamanej pętli perkusyjnej, rozpościera się nienachalna melodia, przypominająca brzmienia wibrafonu.


Niesamowite wrażenie robi także filmowy „Countless”. Członkowie brytyjskiego The Cinematic Orchestra nie tylko uśmiechnęliby się po usłyszeniu tego numeru, ale i mogliby go wrocławianom pozazdrościć. Ciekawe uzupełnienie stanowi „Event” – z trochę zamglonym tłem, delikatną partią saksofonu, a przede wszystkim kapitalnym, zasadzającym się w pamięci posuwistym bitem. Z kolei „Arrival” to już odpływ. Rewelacyjne bębny, refleksyjne tło i ta przyjemna atmosfera (odbierać najlepiej w słuchawkach z zamkniętymi oczami). Aż żal, że trwa to tylko 160 sekund, urywając się niespodziewanie. Na koniec „Zorza” – trochę niespokojna, niewiadoma, naznaczona chłodem brzasku, zostawia słuchacza zdezorientowanego.

Te 37 minut to nie niedosyt. To porcja dźwięków wprost idealna, bo odpręża i ubogaca bez dodatkowych wspomagaczy. I z każdym kolejnym przesłuchaniem robi to w inny sposób.

Autor: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load