Recenzje

2020-04-17
Igor Herbut - "Chrust"
„Chrust” to pierwszy solowy album Igora Herbuta znanego jako lider zespołu LemON, który wykreował już trochę radiowych hitów. Herbut solowo też już jeden wyśpiewał parę lat temu („Wkręceni – nie ufaj mi”).
Wykonawca: Igor Herbut
Wytwórnia: Wydawnictwo Agora
Rok wydania: 2020

Na „Chruście” utworów o radiowej długości jest niewiele. Standard czasu trwania utworu: pięć, sześć minut. Najdłuższe: „Miłość i mleko” – prawie dziewięć. W niektórych kompozycjach są długie części instrumentalne. Tak jest w „Miłości i mleku”. „Latające słonie” zaczynają się (i zarazem zaczynają płytę) od dwóch minut instrumentalnej części. „Nie” – praktycznie zamykające płytę – od około drugiej minuty i dwudziestej sekundy do końca jest instrumentalne.

W głównych rolach występują głos Igora i fortepian. Spora część płyty jest oparta tylko na tych dwóch elementach, m.in. „Jasny”, gdzie dopiero pod koniec dochodzą inne instrumenty, „Tańczmy”, „Los”. Najbardziej rozbudowane instrumentalnie i mające najwięcej energii jest „Ro”. Może dzięki temu bardzo mi przypadło do gustu. Tak jak „Miłość i mleko”, które mimo że jest długie, to ma w swoim brzmieniu lekkość. Bardzo ładne i refleksyjne jest „Amnezja i amnestia” z delikatnym, plemiennym bębnieniem. Zwraca tez uwagę podniosły koniec albumu – „Nie”. W tekstach i w muzyce jest sporo refleksyjności, życiowych tematów. Np. „Jasny” jest zadedykowany synowi i opowiada o miłości do niego. Na albumie znajdziemy też interpretację wiersza Leopolda Staffa „Los”. Sam artysta mówi o tej płycie jako swoim notesie. Refleksyjność w warstwie muzycznej? O tym już trochę wspomniałem wyżej. W „Cordzie” z zaczepiającym rytmem też jest refleksyjny moment fortepianowo-ambientowy. „Kroki” są raz spokojniejsze, raz żywsze.


Dramaturgii dostarczają sprytne zabiegi urywania się utworów pod koniec. W „Jasnym” ostatnia nuta wybrzmiewa po chwili ciszy. Podobny zabieg jest w „Losie” – interpretacji wiersza Leopolda Staffa. W „Miłości i mleku” urwanie się jakieś półtorej minuty przed końcem, a po chwili dokończenie. Z ciekawostek: początek „Cordy” można potraktować obecnie jako sprawdzian na sobie, czy po usłyszeniu kaszlu odruchowo się nie zaniepokoimy.

Jest w zasadzie tylko jedna większa łyżka dziegciu. Po jedenastu utworach pojawia się cover utworu Maanamu „Krakowski spleen”. Jest głos i fortepian, są odpowiednio dostosowane słowa (czyli męskie końcówki wyrazów). Ale Herbut naśladuje tu styl śpiewania Kory w tym utworze. Dosłownie. Brzmi to źle i dziwacznie. W roli bonusów na płycie mamy jeszcze zespołową wersję „Jasnego” (pozostawiono zabieg na koniec utworu) i dłuższą wersję „Tańczmy”.

„Chrust” nie jest ściganiem się o radiowy hit. Nie zgłasza takich aspiracji. Chodzi w nim o co innego, bardziej refleksyjnego i emocjonalnego. Często tak jest, że najskromniejsze rzeczy brzmią najmocniej i tak jest tutaj. Niewiele instrumentów i dużo bardzo ładnych utworów. Jest się w czym zasłuchać.

Autor: Marcin Knapik


End of content

No more pages to load