Recenzje

2020-04-20
The Strokes - "The New Abnormal"
Nowojorska grupa The Strokes powróciła z pierwszym od 7 lat albumem studyjnym, na którym usłyszeć można wyraźną zmianę stylistyczną. Jaką? O tym w recenzji autorstwa Jakuba Oślaka.
Wykonawca: The Strokes
Wytwórnia: Sony Music Polska
Rok wydania: 2020

Otwarcie przyznam, że nigdy nie byłem fanem The Strokes, chociaż ich fenomen rozumiem dobrze. Echa ich sensacyjnego debiutu z 2001 roku słychać w muzyce po dziś dzień. Is This It było tak silnym uderzeniem, że zespołowi udało się pod jego osłoną sprzedać jeszcze dwa, nijakie krążki (Room On Fire oraz First Impressions of Earth). Ale już kolejne Angles i Comedown Machine uświadomiły wszystkim, że formuła się wyczerpała i czas wymyślić coś nowego. 2020 to czas symboliczny. Zespołowi mija 20 lat na scenie, niedawno wypełnili 5-albumowy kontrakt z wytwórnią RCA. Najwyższy  czas na radykalny remanent brzmienia i nowe wiatry w żagle. The New Abnormal ma misję pokazać światu nowych The Strokes, bez oglądania się na przeszłość. Swoją, nie cudzą.

The Strokes są przykładem zespołu jednego pomysłu, który w okazał się strzałem w dziesiątkę. W 2001 retromania nie była tak wszechobecna jak dziś, dlatego odkurzenie brzmienia garage-rocka i towarzyszącej mu estetyki było czymś niezwykle pomysłowym (żeby nie powiedzieć kreatywnym). Kompletnie odrzucono dominującą w latach 90 elektronikę i wrócono do podstaw: dwie gitary, bas i perkusja, przetarte dżinsy, stare T-shirty i niedomyte włosy. The Strokes w momencie startu byli skazani na sukces, podobnie jak Arctic Monkeys, Royal Blood czy ostatnio Greta Van Fleet. Każdy z tych zespołów sięgał po jakiś wycinek przeszłości i robił z niego użytek teraz, ku absolutnemu zachwytowi publiczności i prasie muzycznej na kolanach. Ale jak wiemy, to nigdy nie trwa długo.

Na The New Abnormal The Strokes robią to, co potrafią najlepiej, czyli rewitalizują brzmienia sprzed dekad. Już raz im się to udało, więc czemu nie spróbować tego samego chwytu, ale w zupełnie innym czasie? Tym razem na warsztat poszły lata 80 (zaskoczeni?), a konkretnie misz-masz wielu stylistyk jakie kojarzymy z tamtym okresem – art-rock, post-punk, new wave, synth-pop. A to oznacza że na stół wjechała  elektronika, brzmienia domowe, ciepłe i taneczne. Zamiast brudu, elegancja. Zespół zatoczył koło, ale podjęcie pewnych radykalnych kroków można uznać za oznakę dojrzałości. Wpływ brzmienia np. New Order, XTC czy The Psychedelic Furs jest tu więcej jak ewidentny, a jeden z singli – „Brooklyn Bridge to Chorus” to otwarta na oścież dyskoteka, jaką pamiętamy choćby z „Sub-Culture”.


I na tym jednym numerze sprawa się rzecz jasna nie kończy. Praktycznie każdą z obecnych tu piosenek „już gdzieś słyszeliśmy” – ale na pewno nie u The Strokes. I można im to wytykać palcami, gdyby tylko wyszedł im kolejny nudny, wtórny album. Ale tak nie jest. The New Abnormal słucha się łatwo, lekko i przyjemnie. Czuć w nim powiew świeżości, powrót do formy, ciepło i uśmiechy. To kolejne „domowe” nagranie, dobre na te tygodnie zamknięcia w domu; gdyby zespół znowu wypuścił słuchaczy na szaloną gonitwę ulicami Nowego Jorku, przegrałby z kretesem. Oczywiście, ten dobrze znany nam estetyczny hedonizm The Strokes nadal obowiązuje, ale na tej płycie spotyka się z pewną właściwą dla czasu refleksją, spowolnieniem, wręcz wyhamowaniem. I to jest jej najsilniejszy punkt.

The New Abnormal brzmi tak, jakby Julian Casablancas napisał go leżąc zamknięty na kwarantannie gdzieś we włoskim hotelu, bez kontaktu ze światem. Takie numery jak „The Adults Are Talking”, „Eternal Summer” czy „Ode to the Mets” to rzeczy z samotnego wnętrza, któremu nieobca jest depresja i frustracja. Nie są to oczywiście ponure klimaty; ale w nowych piosenkach The Strokes da się usłyszeć postęp czasu, dojrzałość, autorefleksję. Czy to wpływ Ricka Rubina? To przede wszystkim wpływ momentu w karierze, gdy The Strokes, po tylu próbach, musieli wreszcie wydać coś ciekawego. I udało im się to. The New Abnormal nosi wszelkie cechy renowacji tożsamości, podobnie jak było z AM Arctic Monekys. Szkoda tylko, że 7 lat za późno. Wtedy byłby prawdziwą bombą.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load