Recenzje

2020-06-02
Mark Lanegan - "Straight Songs Of Sorrow"
Nowa płyta byłego wokalisty grupy Screaming Trees to jeden z najlepszych albumów w jego dyskografii. Lanegan zaprosił do współpracy całą plejadę znanych i cenionych muzyków.
Wykonawca: Mark Lanegan
Wytwórnia: Heavenly / PIAS
Rok wydania: 2020

Mark Lanegan lubi być zajęty. Ostatnie kilka lat w karierze tej wyjątkowej postaci w muzyce alternatywnej jest tego dobitnym przykładem. Co rok to album, kolaboracje, koncerty, a nawet autobiografia. W tym roku w maju miał w planach nawet własny festiwal w Brukseli; aczkolwiek, pandemia pokrzyżowała te plany. Nic straconego; mamy dzięki temu więcej czasu i uwagi, aby zapoznać się z jego najnowszym albumem, Straight Songs Of Sorrow, który, w rzeczy samej, jest takim mini-festiwalem. To markowy benefis, poprowadzony przez szereg wybitnych przyjaciół. Mark jest z pozoru niezwykłym ponurakiem, zamkniętym w sobie, trochę niebezpiecznym dziwakiem; pielęgnowane i zwalczane latami nałogi stale wpłynęły na jego stoicką osobowość, ponure teksty i marsową minę, która bez słów ostrzega: nie podchodź, mogę ugryźć. To część jego tożsamości; aczkolwiek, kto chociaż liznął jego wydanej równolegle z albumem książki, wie, skąd to się wzięło.

Straight Songs Of Sorrow nie sposób jest odseparować od owego pamiętnika, zatytułowanego „Sing Backwards and Weep: A Memoir”. Jest on czymś w rodzaju spowiedzi, rachunku sumienia, ale bez jednoznacznego żalu za grzechy. Mark opowiadając o latach nałogu alkoholowego, uzależnienia od heroiny i związanych z tym perypetii nie konkluduje wyraźnym: tak/nie. To jego własna Księga Rodzaju, przedstawiająca czytelnikowi/słuchaczowi genezę Marka Lanegana i jego nabytego mroku. To oczywiście fasada – barwy ochronne z niezliczonych tatuaży i tej nieodłącznej chrypy, jaką od lat czaruje widownię. Pod nią czai się niezwykle wrażliwe, kruche serce i kreatywna dusza, która nade wszystko ukochała muzykę, jako jedynego właściwego w życiu przewodnika. Mark uwielbia występować, nagrywać, a nade wszystko – współpracować. Na nowej płycie aż roi się od wybitnych gości, których obecność w znaczący sposób przekłada się na samo ponure, poetyckie brzmienie.


Straight Songs Of Sorrow to zbiór piosenek, które można podsumować krótko: każda z innego pieca. Uogólniając, połowa płyty to dalsze przygody Lanegana z elektroniką, a druga to wyraźny powrót do ukochanych przez fanów ascetycznych, folkowo-bluesowych ballad spod ciemnej gwiazdy. Od czasu niezwykle udanej płyty Phantom Radio, Lanegan odważnie ruszył w kierunku dynamicznych aranżacji elektronicznych (patrz płyty Gargoyle oraz Somebody’s Knocking), co nie zawsze podobało się słuchaczom. Tutaj mamy jakby strategiczny krok w bok, na z góry upatrzoną, bezpieczną pozycję, w której dostajemy pełen zestaw, do wyboru do koloru. Z jednej strony nowoczesne, eleganckie, fantazyjne, liryczne krajobrazy, a z drugiej seria czarno-białych portretów pamięciowych, których smutek i ból maluje się w każdym słowie wyśpiewanym przez Marka. Oba te oblicza pochodzą od tego samego człowieka, próbującego uciekać ku szczęściu, jak i wypierać kolejne demony.

Lanegan ma taki głos, że łatwo go umiejscowić w zupełnie odmiennych scenografiach i aranżacjach; a to nadal będzie on, bez kompromisów i narzekania. Część tej płyty brzmi jak kolaboracja z Thomem Yorkiem, a druga z Nickiem Cavem. Lanegan otoczył się tutaj istnym dream teamem: Jack Irons na bębnach (ex-Pearl Jam, ex-RHCP), Dylan Carlson (Earth) i Mark Morton (Lamb of God) na gitarach, Warren Ellis na skrzypcach (The Bad Seeds), oraz Jack Bates na basie (Peter Hook & The Light). Do tego Greg Dulli, Wes Eisold (Cold Cave), John Paul Jones (Led Zeppelin) I Adrian Utley (Portishead), a także stali współpracownicy Marka: Alain Johannes, Ed Harcourt i Sietse Van Gorkom. No i żona Marka, Shelley Brien. Słowem, to album rodzinny, gdzie każdy przynosi coś swojego, spiętego w całość klamrą głosu i osobowości głównego solenizanta. Nie bez powodu ten krążek Marka jest nazywany jego „najlepszym od lat”. Tak jakby kilka wcześniejszych było tylko do niego przygrywką.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load