Recenzje

2020-08-10
Deep Purple - "Whoosh!"
Ukazał się dwudziesty pierwszy album studyjny Deep Purple. Czy jest to naprawdę pożegnalna płyta zespołu i w jakiej formie są brytyjscy klasycy AD.2020? O tym w naszej recenzji.
Wykonawca: Deep Purple
Wytwórnia: Mystic Production
Rok wydania: 2020

„- Czy „InFinite” będzie ostatnią płytą Deep Purple?

- Tak.

- Otóż nie.”

Przypomniał mi się w kontekście nowej płyty Deep Purple filmik ze zmontowanymi fragmentami „Jednego z dziesięciu”. Wydawało się, że „InFinite” może być ostatnim akordem, ostatnim albumem Deep Purple. W końcu po tej właśnie płycie ruszyli w „The Long Goodbye Tour”. Był ostatni koncert w Polsce. Potem był kolejny ostatni koncert w Polsce. A z czasem okazało się, że to będzie naprawdę „Long Goodbye” i że na ostateczne „Goodbye” jeszcze poczekamy. Choć byłem na krakowskim koncercie Purpli w grudniu zeszłego roku i trzeba oddać, że wypadł on dobrze. Lepiej od moich oczekiwań, które – po czytaniu różnych opinii o ich występach z ostatnich lat – nie były aż tak wysokie. I przy okazji też dowiedzieliśmy się, że kolejny koncert Deep Purple w Polsce planowany jest na ten rok (ale z wiadomych przyczyn został przełożony na przyszły).

Tak więc mamy 21. studyjną płytę Deep Purple. Bez zmian w składzie, ponownie z Bobem Ezrinem jako producentem. Po wzięciu płyty do ręki okazuje się, że trzynaście utworów zostało podzielonych na dwie części. Jest „Act I” – sześć piosenek, „Act II” – drugie sześć i trzynasta kompozycja jako bonus. Deep Purple poszło jeszcze bardziej w stronę skondensowanych utworów. Tylko dwa utwory mają około pięć i pół minuty, a poza tym okolice trzech, czterech minut.

„Throw My Bones” było pierwszym singlem zapowiadającym album i zaczyna całość. Typowy pierwszy singiel z płyty Purpli w ostatnich latach – bardzo solidny, chwytliwy. Dobry utwór, złapał mnie szybko. Ale potem zaczynają się schody. „Drop The Weapon” czy „The Long Way Round” sprawiają wrażenie przeciągniętych. Z tego drugiego utworu najlepsza jest ładna, przestrzenna końcówka – to wyszło. A i pierwszy z nich jest niezły. Oczywiście jest sporo elementów charakterystycznych dla brzmienia Iana Gillana i spółki. Przyznawać się, kto po pierwszej nucie „No Need To Shout” pomyślał o „Perfect Strangers”? Groźny, organowy początek (spod palców Dona Aireya oczywiście) w „Step By Step” - jednym z lepszych punktów albumu, choć z takimi dziwnymi zabawami brzmieniem w środku. Ponownie mamy też komputerowe przetwarzanie głosu Gillana, tym razem w „The Power of the Moon”. Choć myślę, że to może być utwór, do którego mogę się najszybciej przekonać z całej płyty poza „Throw My Bones” i kompozycją, o której w następnym zdaniu.


Jeżeli jednym z najlepszych punktów płyty jest krótki, instrumentalny, pełniący funkcję łącznika lub też wstępu do „Man Alive” utwór „Remission Possible” to chyba nie jest najlepiej. Na poprzednich płytach Purpli (mam tu na myśli „Now What?!” i „InFinite”) były złote strzały jak „Out of Hand” czy „The Surprising”. A tu nie ma utworu, który sprawia wrażenie „Wow” czy też „Łał”. Czuć, że „Man Alive” miał być epickim dziełem, ale coś nie pykło. Sporo jest na tej płycie kompozycji, których słucha się przyjemnie. Człowiek myśli: „Dobrze robią, niech się to trzyma, fajnie jest”. Lecą sobie te utwory. Sporo chwytliwych kompozycji, typowych dla Purpli z ostatnich lat. Ale potem żeby przypomnieć sobie, jaki to był utwór, to tak nie za bardzo. A, zapomniałbym, jest „What The What”, który przypadnie do gustu starszemu pokoleniu słuchaczy. Tak myślę, bo to taki rock’n’roll w starym stylu. Taka geriatryczna potańcówka ze znajomą końcówką. Najgorzej na płycie wypada „Nothing At All” - bez ikry, mdło. Wyszła autoparodia. Zastanawiam się, kto wymyślił, by to był jeden z utworów wypuszczonych przed premierą płyty.

Prawie na koniec pojawia się piosenka, która może uzasadniać napisanie w recenzji zdania: „Czyżby to ostatnia płyta zespołu?”. „And The Address” - kompozycja zaczynająca pierwszą płytę Deep Purple „Shades of Deep Purple” z 1968 roku. Tamto i to wykonanie łączy tylko jeden członek kapeli – Ian Paice. Różnic w wykonaniu niewiele poza skróceniem z początku. I to byłby koniec płyty, ale - nie wiadomo po co - umieszczono na koniec płyty jako tzw. bonus track „Dancing In My Sleep” niczego nie wnoszący.. I wywołujący pytanie: „Po co jest?”.

Co do rockowej energii, tak się złożyło, że po jednym z odsłuchów „Whoosh!” posłuchałem sobie płyty „A Hero’s Death” Fontaines D.C.. Tak po prostu wyszło. I dla „Whoosh!” było to zderzenie. Może jeszcze nie nokaut, choć coraz bardziej się wkręcam w „A Hero’s Death”. Wyraźne zwycięstwo na punkty. Taki stan tej niespodziewanej rywalizacji na razie. Nieco inny rodzaj muzyki rockowej, ale czuć różnicę na przykład w energii. „Whoosh!” to nie jest fatalny album, ale jest tak sobie. A na pewno to obniżenie lotów po dwóch poprzednich. Może ktoś napisać: „O, młody się wymądrza i nie docenia prawdziwej muzyki, he, he”. Miło mi się wraca do „Now What?!”. Pisałem recenzję „InFinite” i po trzech latach myślę, że jest tam kilka utworów, które dobrze znoszą próbę czasu i że to niezła płyta z bardzo dobrymi momentami. A tutaj przeciętność. Może czas powiedzieć „Goodbye”, póki przeciętność nie zamienia się jeszcze w coś naprawdę ciężkostrawnego?

Autor: Marcin Knapik


End of content

No more pages to load