Recenzje

2020-08-31
Metallica - "S&M2"
Po 21 latach Metallica ponownie nagrała koncertowy album z orkiestrą San Francisco Symphony.
Wykonawca: Metallica
Wytwórnia: Universal Music Polska
Rok wydania: 2020

Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki – tak mówi przysłowie. W rzeczywistości bywa z tym różnie i tak jest w przypadku Metalliki. Po dwudziestu latach ponownie połączyła siły z San Francisco Symphony. W roli dyrygenta tym razem głównie Edwin Outwater, w kilku utworach w tej roli pojawia się zaś Michael Tilson Thomas. W 1999 roku orkiestrę prowadził nieżyjący już Michael Kamen. Jest też nieco inna sceneria niż dwadzieścia lat temu – tym razem duża hala z sceną na jej środku: The Chase Center w San Francisco. Koncerty odbyły się 6 i 8 września zeszłego roku.

Podobieństwa: „S&M2” zaczyna się dokładnie tak samo jak „S&M”. Dokładnie dwa te same utwory - „The Ecstasy of Gold” w wykonaniu orkiestry symfonicznej i „The Call of Ktulu”. W sumie powtarza się jedenaście piosenek, jeśli nie pomyliłem się w liczeniu. Metallica tym razem nie przygotowała nowego utworu na okoliczność takiego wydarzenia. Pojawiło się „No Leaf Clover”, które swoją premierę miało podczas pierwszego „S&M”. Mamy też utwór, w którym to nie orkiestra musi się dostosowywać do Metalliki, a Metallica do orkiestry. „The Iron Foundry, Opus 19” Alexandra Mosolova jest całkiem niezłą próbą odnalezienia się panów w utworze symfonicznym.

Co wyszło? Nieźle wypada „For Whom The Bell Tolls”. Więcej niż nieźle prezentuje się „The Day That Never Comes” i „Halo on Fire”. Nie jest zaskoczeniem, biorąc pod uwagę jaki to utwór muzycznie, że jednym z jaśniejszych punktów jest „Nothing Else Matters”. Świadome tego były też osoby decydujące o tym, jak będzie promowane to wydawnictwo. Poszły więc po najmniejszej linii oporu i „Nothing Else Matters” było jednym z dwóch utworów, które poszły na pierwszy ogień. Drugim z nich był „All Within My Hands”. Podobna uwaga, co przy przeboju z „Czarnego albumu” - tutaj akustyczne oblicze zespołu i ładne zazębienie z orkiestrą. Wielbicieli muzyki klasycznej zaciekawi „Scythian Suite, Opus 20 II: The Enemy God And The Dance Of The Dark Spiritus”, gdzie gra tylko orkiestra. Najjaśniejszym momentem całego koncertu jest zaś hołd dla Cliffa Burtona. Jego autorem – Scott  Pingel, który brawurowo zinterpretował „(Anesthesia) Pulling Teeth”, grając na elektrycznym kontrabasie. Ten moment warto zobaczyć/usłyszeć.


Co nie wyszło? Sporo jest utworów, gdzie orkiestra sprowadzona jest właściwie do roli dekoracji. W spokojniejszych kompozycjach – wspomnianych wyżej czy w „The Outlaw Torn” może dojść do głosu. W „The Memory Remains” czy „Enter Sandman” moc utworu Metalliki jest taka, że przytłacza brzmienie orkiestry. Brakuje dla niej przestrzeni. Przy takich czadach jak „Moth Into Flame” i „Master of Puppets” symfonicy wydają się zaś zbędni. I zadajemy sobie pytanie: po co? Zestawienie orkiestry i zespołu daje też sporą dawkę pompatyczności, jak się można było spodziewać. Dziwnie się słucha przemów Michaela Tilsona Thomasa wprowadzających do utworów klasycznych. Trochę jak dziadek starający się przemawiać w miejscu, gdzie są tylko młodzi ludzie – tak wygląda przemowa dyrektora orkiestry symfonicznej do fanów zespołu rockowo-metalowego. A przynajmniej takie można odnieść wrażenie. Czuć atmosferę skonfundowania.

Jak to wygląda w obrazku (bo mamy też wersje z DVD lub Blu-ray)? Jeśli ktoś był na kinowym pokazie koncertu w październiku zeszłego roku, ten być może pamięta, że było widać pewne niedoróbki, chybione kadry związane pewnie z tym, że między występem a jego prezentacją na dużym ekranie minęło kilka tygodni. Teraz jesteśmy prawie rok po koncertach i udało się te niedoróbki wyeliminować. Niektórzy fani pewnie będą na podstawie wyglądu Jamesa Hetfielda wnioskować, że w sumie można się było spodziewać informacji o tym, że udał się na odwyk, która pojawiła się kilkanaście dni po zarejestrowanych koncertach. A, i śmiesznie wygląda Robert Trujillo w garniturze. Dziwnie zaś James Hetfield bez gitary w „The Unforgiven III”, gdy zostaje sam z orkiestrą. Dla samego Jamesa też musiało być to dziwne uczucie. Tak przynajmniej można wywnioskować, patrząc na ruchy jego rąk.

Wszyscy na scenie dobrze się bawią, a przynajmniej takie wrażenie sprawia obrazek. Efekt wyszedł nieźle, ale do rewelacji daleko. Samo to, że najlepszym punktem jest solo, które zaserwował Scott Pingel, o czymś świadczy. Jeśli miałbym coś doradzić, to od ścieżki dźwiękowej wolę wersję z obrazem, bo przebrnięcie przez całość samej wersji audio więcej niż raz jest wyzwaniem. Na płyty CD dokładnie przełożono ścieżkę audio z tego, co znalazło się na filmie, więc i przemowy, o których była mowa wcześniej. I jakoś tak mniej zostaje w głowie.

Autor: Marcin Knapik


End of content

No more pages to load