Recenzje

2020-09-08
Renata Przemyk - "Renata Przemyk i Mężczyźni"
Jubileusz pracy artystycznej można świętować na różne sposoby. Renata Przemyk swoje trzy dekady na scenie uczciła, wydając album z najbardziej znanymi, a zarazem najciekawszymi utworami ze swojego dorobku, które nagrano w nowych aranżacjach przy gościnnym udziale trzynastu wokalistów.
Wykonawca: Renata Przemyk
Wytwórnia: Agora Muzyka
Rok wydania: 2020

„Renata Przemyk i Mężczyźni” to nie tylko projekt odświeżający najważniejsze nagrania Artystki, ale jednocześnie nadający im nową perspektywę. Stało się w przede wszystkim za sprawą tytułowych Mężczyzn. Panowie pozostając na tych samych prawach, co gospodyni, udzielili swych talentów wokalnych, ale nie tylko. O tym, jak ciekawe okazało się takie podejście świadczy chociażby otwierający płytę „Zero”, w którym pojawia się Damian Ukeje, a który na tle mocnego, sfuzzowanego podkładu, silnie zaznacza swą obecność charakterystyczną barwą. Gospodyni pojawia się około trzeciej minuty, przejmując idealnie partię wokalną. Numer zamyka sprzężona solówka gitarowa Grzegorza Palki. Inaczej ma się rzecz w „Kłamiesz”. W oryginale iskrzący funkowym pulsem, tu został nieco podkręcony i ‘zaokrąglony’. Gościnnie pojawia się w nim Vienio, który dopisał własną zwrotkę, kapitalnie wtapiając się w pierwotną lirykę. Z kolei w nastrojowym „Jakby jutra miało nie być” objawia się Skubas – nienachalnie, acz dość zwiewnie i melancholijnie. Refren zdaje się sądzić, że tym razem to Renata przewodzi wokalnie, ale to tylko pozory. Oba głosy brzmią bowiem harmonijnie i płynnie. Sporym zaskoczeniem może natomiast interpretacja jednego z najbardziej znanych utworów gospodyni, a mianowicie „Babę zesłał Bóg”. Pojawił się w nim Marek Dyjak, który bazując na swoim gardłowym bulgocie, trochę niestety pokpił temat. Efekt jest zbyt gruboskórny, a momentami irytujący.

Zupełnie odmienne podejście zastosował Czesław Mozil, który we wspaniałym ‘homerecordingowym’ „Makijażu twarzy”, nie tylko wspaniale zaśpiewał, ale i zagrał na akordeonie (didaskalia, jakie pojawiły się przed i po utworze, stanowią dodatkowy smaczek). Singlem promującym płytę jest „Nie mam żalu”, w którym gościnnie objawił się Artur Andrus, który – jak się okazało - nie miał wcale łatwego zadania. Wybrnął całkiem nieźle. Gwarantuję, że tak wysoko śpiewającego Artura Andrusa w dzikim motorycznym muzycznym anturażu mogli Państwo wcześniej nie słyszeć.


Pierwszą część płyty zamyka pieśń drogi, czyli „Odjazd”, naznaczona ciepłym głosem Adama Nowaka z Raz Dwa Trzy oraz partią banjo, na którym zagrał Tomasz „Harry” Waldowski – muzyczny spiritus movens całej płyty. Drugą połowę otwiera „Come Wake Me”, czyli angielska wersja „Niech mnie ktoś obudzi”, w którym udzielił się John Porter. Walijczyk przetłumaczył oryginalną część tekstu, śpiewając oczywiście po angielsku, zaś gospodyni oprócz wsparcia wokalisty w chórkach, zaśpiewała swoją w mowie ojczystej. Utwór wypadł mocno w stylu Nicka Cave’a, co w sumie nie dziwi, znając muzyczne fascynacje Portera. Z kolei w nieco onirycznym „Bo jeśli tak ma być” wspaniale wypadł Leski, nasycając wraz z Renatą całość eteryczną mocą i melancholią. Swoistym rodzynkiem na płycie jest „Zazdrośni (Zazdrosna)”, w którym zaśpiewał i zagrał na fortepianie Grzegorz Turnau. Zmiana tytułu pociągnęła za sobą drobne zmiany w tekście, by krakowski artysta mógł jeszcze skuteczniej wypaść w swej interpretacji. Zabieg to nieco zaskakujący, zwłaszcza w obliczu pozostałych Mężczyzn, aczkolwiek największe wrażenie robi zamglona, triphopowa wręcz warstwa muzyczna. Inną ‘senność’ reprezentuje natomiast „7:05” z udziałem Wojciecha Waglewskiego, który napisał utwór oryginalnie ponad ćwierć wieku temu na płytę „Tylko kobieta”. Powolne zawodzenie duetu idealnie sprawdza się w refrenie, okraszone równie niespieszną, acz liryczną partią gitary. Podniośle wypada z kolei „Kochana”, gdzie pierwotne miejsce Katarzyny Nosowskiej zajął Igor Herbut, dając w zamian silny i przejmujący wokal oraz solową partię białego śpiewu. Brzmi to porywająco, nie tracąc przy tym liryzmu, jakim odznacza się ten tekst. Album zamyka delikatny, początkowo minimalistyczny, a momentami ledwie słyszalny „Ten taniec”, w którym pojawił się Buslav. Finał jednak uderza jednak mocą i przeciągłym krzykiem Renaty, który dość niespodziewanie się urywa.

To piękny album na nadchodzącą jesień, na chwilę refleksji nad tym relacjami, związkami, emocjami i uczuciami. To także dowód, że utwory liczące nawet dwie dziesiątki lat wcale się nie zestarzały w wydźwięku. Renata Przemyk ma co najmniej 13 powodów do świętowania, więc celebrujmy razem z nią.

Autor: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load