Recenzje

2020-09-29
Throwing Muses - "Sun Racket"
Niezmordowana Kirstin Hersh powraca z nowym albumem swojej macierzystej formacji Throwing Muses, po raz kolejny udowadniając ile w jej głowie gotuje się pomysłów i inspiracji.
Wykonawca: Throwing Muses
Wytwórnia: Fire Records
Rok wydania: 2020

Mija 7 lat, od kiedy Muses dostarczyli nam swoją ostatnią, monumentalną płytę Purgatory/Paradise, po której wydawało się, że siły twórcze Hersh i spółki opadną na dłuższy czas. Tymczasem Kirstin zdążyła nagrać w międzyczasie dwa osobiste, solowe krążki, aby w 2020 ponownie zaatakować zespołowo. Sun Racket to idealna kontynuacja podjętych wcześniej przez Muses tematów; terytoriów, na które zespół wszedł po przearanżowaniu sił w 2003, roku powrotu do życia. Jednocześnie, to cezura – świeża, czysta kartka gotowa do zapisania poezją, emocjami, dynamiką i doświadczeniem.

Sympatycy inkarnacji Muses z przełomu lat 80 i 90-tych dobrze znają podział ról, jaki przypadał na dwie główne driverki tego zespołu: Hersh i Tanyę Donelly. Hersh wnosiła swoje demony i depresję, bardzo osobiste, często niejasne słowa i nieregularne kompozycje. Donelly z kolei przypadła w udziale przebojowość, niewątpliwy urok osobisty i łagodna szczypta gwiazdorstwa. Obie te fale dały razem jeden z najpiękniejszych skarbów amerykańskiej alternatywy tamtych lat, obok Pixies, The Breeders, Sonic Youth czy Dinosaur Jr. Gdy Donelly opuściła zespół, wielu słuchaczy natychmiast odczuło ten ubytek i przeniesienie środka ciężkości na Hersh (oraz Davida Narcizo). Muses schowały się w pół-mroku, za każdym razem, niestrudzenie, usiłując zagospodarować powstałą wyrwę w sercach fanów.


Sun Racket to płyta, która dobitnie pokazuje, że tytaniczna praca Hersh już została wykonana. Zarówno ten krążek, jak i jego poprzednik, to kawał muzyki, który należy traktować na równych, a wręcz niezależnych systemach prawnych, co sukcesy sprzed 30 lat. W typowy dla siebie sposób, Muses brzmią radośnie, ale jest to radość podszyta smutkiem, niepewnością, strachem. Zaczynamy raźnie i dynamicznie jak The Breeders, ale później czeka nas nieuchronny spacer schodami w dół. Osobiste egzorcyzmy Hersh stają się na naszych oczach i uszach doświadczeniem zbiorowym, terapią grupową gdzieś w garażu, piwnicy, lub przyciemnionej uczelnianej stołówce. Wieje wiatr i deszcz uderza w szyby, myśli uporczywie złe, ale jest w tym nie tylko piękno, lecz i dziwnie kojący spokój.

Na Sun Racket nie ma co liczyć na przeboje (takie jak „Dizzy”), chociaż dużo z tych numerów daje się zapamiętać na dłużej. To krążek na tyle „szybki” i spójny, że należy go przyjmować wyłącznie w całości, jako jedną, twardą, zmrożoną pigułę. Ta garażowa estetyka dobrze odpowiada duchowi czasu, gdy domy stały się głównymi arenami wydarzeń muzycznych. Hersh ubolewa i nad tym i chociaż jej brzmienie lubi zatrząść okiennicami, kopniakiem otworzyć drzwi i wybiec na ulubione skrzyżowanie (Purgatory/Paradise), to wciąż mówimy tu o brzmieniu „wnętrza”. To wnętrze bywa ukojeniem, ale i więzieniem; schronem, ale też izolatką. W muzyce Muses łatwo odnaleźć część siebie i zrozumieć ich punkt widzenia przez swoje własne, wydawałoby się, bardzo osobiste obserwacje.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load