Recenzje

2020-10-08
Gazpacho - "Fireworker"
Norweskie prog-rockowe Gazpacho wydało nowy album, który można zaliczyć do najlepszych dzieł w dorobku tej zasłużonej grupy.
Wykonawca: Gazpacho
Wytwórnia: KScope
Rok wydania: 2020

5 utworów, 50 minut. Od razu wiadomo, że będzie epicko. Norwegowie z Gazpacho wraz ze swoim nowym krążkiem Fireworker powracają na wyrabiane latami, chociaż wciąż aktualne, tory prog-rocka. Wydany przed dwoma laty Soyuz sugerował stylistyczną woltę; to była płyta nieszablonowa, sugerująca, że za słowem prog kryję się rzeczywisty progres, a nie sztampa. Gazpacho od sztampy wciąż pozostają daleko, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Fireworker jest krążkiem ‘bezpiecznym’; takim, którego wydania po Soyuzie można było oczekiwać. Co w żaden sposób nie umniejsza jego piękna, świeżości, teatralnej atmosfery, poetyckiej wzniosłości, obnażenia serc, no i rozmachu.

Fireworker to dzieło złożone i skomplikowane, nasączone treścią, dźwiękami, słowami, zmianami scenografii i tematów, wachlowaniem instrumentami i temperaturą. Jednocześnie, trudno myśleć o tym krążku inaczej, niż cichy i osobisty. Zespół jak zawsze snuje przed nami fantazyjne, emocjonalne opowieści; ale, w tym przypadku, są to bajki na dobranoc, służące spokojnemu zaśnięciu, a nie rozbudzeniu. Poprzez swój rozmach i drzemiącą weń moc, Fireworker można przyrównać do Tales From Topographic Oceans Yes; jednocześnie, dzięki swojej smutkowi i bajkowości, to rzecz bliska chociażby Together We’re Stranger No-Man. To, uciekając się do oksymoronu, dyskretna epickość.


Ta wycieczka w kosmos, jaką niesie ze sobą Fireworker, to przede wszystkim dwie monumentalne kompozycje obejmujące całą płytę: „Space Cowboy” i „Sapien”. To wszystko, co musimy wiedzieć o tej płycie i o Gazpacho: gra ciszą i atmosferą, filmowe napięcie, patos, smyczki i chóry, chłodny powiew niepewności i odejście w ciemność nieskończoności. Te dwa numery pokazują nam, jak doskonałym ‘aktorem’ wokalnym jest Jan Henrik Ohme, oraz ile ambicji kompozycyjnej drzemie w duecie Jon-Arne Vilbo / Thomas Andersen. To właśnie ta progresywna pompa, symfoniczność i koncepcyjność, która tak często bywa obiektem kpin. Ale nie tu; na Fireworker to działa.

Zupełnie jak kiedyś Yes, tak i Gazpacho ukryli utwór w utworze. „Space Cowboy” zawiera fragment nazwany „Clockwork”, który jest jednym z najbardziej charakterystycznych momentów tego albumu. To jego wizytówka, żeby nie powiedzieć przebój; rzecz z rozmachem, chwila, którą się zapamiętuje i rozpoznaje przy kolejnej wizycie. Fireworker to płyta, która wymaga wielu wizyt – to nie jest łatwa rzecz, do ugryzienia na raz; to owoc ambicji, wielu lat pracy i doświadczenia. Do takich płyt dochodzi się latami i za każdym razem, jak na obrazach Bruegla, dostrzega szczegóły, których na pewno nie było tam wcześniej. To najlepsza (obok Soyuz), najambitniejsza płyta Gazpacho z dotychczasowych.

To powiedziawszy, Fireworker z całą pewnością nie jest odporny na krytykę. Łatwo przylepić mu łatki – zarówno zbytniej łzawości, vide ballady Scorpions, jak i nadmiernego patosu. Jej zalety łatwo jest obrócić w wady, tak jak u wspomnianych już Yes, jak i każdym innym projekcie, który lubuje się w teatralnym, symfonicznym, epickim rocku: Neal Morse Band, TransAtlantic, Ayreon czy Avantasia. Mimo to, Gazpacho i Fireworker pozostają od nich odcięte dzięki dyskrecji i frapującej, adekwatnej do czasów atmosferze, obserwacji świata w stanie nieważkości, przez zimną szybę w szarym deszczu. Na szczęście finałowy „Sapien” przynosi promień nadziei; ale wcześniej trzeba przejść przez gorzkie żale.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load