Recenzje

2020-10-28
Fish - "Weltschmerz"
Trochę to trwało, ale wreszcie jest. Weltschmerz był przez Fisha zapowiadany jeszcze w 2018 r., ale od tamtej pory ciągle coś stawało na przeszkodzie.
Wykonawca: Fish
Wytwórnia: 7Hz Productions
Rok wydania: 2020

Nowy materiał zawitał do portu w całym swoim 85-minutowym majestacie. Albumy, których moment wydania jest odwlekany, okazują się często bolesne w odbiorze; aczkolwiek, w przypadku Weltschmerz jestem zaskoczony jego siłą i finezją. Fish nie robi się młodszy, jego głos nie jest już tą samą strzelbą i szablą, co kiedyś; a mimo to, ten album to bardzo silna pozycja w całym jego dorobku, łącznie z Marillionem. Słychać echa Misplaced Childhood i Clutching At Straws, jest tu pewna cienka nić opowieści, koncepcyjności; chociaż, bardziej niż konkretny ‘storyline’, Fish prezentuje nam tu swoje od zawsze noszone w duszy lęki i niepokoje. Kto, jak kto, ale Derek Dick ma sprawdzoną rękę do depresyjnych poematów zwiastujących zachód słońca zarówno nad całym gatunkiem ludzkim, jak i nim samym, wiecznie borykającą się z fatum jednostką.

Tytuł płyty wszystko wyjaśnia. Do tego ta silna, ‘metalowa’ okładka, 10 kompozycji rozciągniętych przez dwa krążki – to robi wrażenie zanim jeszcze odpalimy muzykę. Pomimo długości, Weltschmerz słucha się szybko i łatwo. Fish jak zwykle dużo ‘opowiada’. Jego teksty to tyrady, kazania, gorzkie żale i rachunki sumienia, które warto poczytać nawet bez muzyki, w większym skupieniu. To, że wielki Szkot ma gadane wie każdy i Weltschmerz nie będzie dla nikogo pod tym względem zaskoczeniem. Tym bardziej, że sama muzyka nie ginie przywalona nadmiarem słów. Oczywiście, ani Robin Coult ani John Mitchell nie wyciągają tak śmiało gitar na pierwszy plan, jak czynił to dawniej Steve Rothery; ale, to nie znaczy, że ich tam nie ma. Za plecami Dereka uwijają się nie tylko gitarzyści, ale także instrumenty dęte (w rękach Davida Jacksona i Michaela Owersa), sekcja smyczkowa, klawisze i basy (niezawodny Steve Vantsis), dwie perkusje, no i chórki (Doris Brendel). To dodaje sprawie powagi. 


Wszyscy razem tworzą płynną, harmonijną, pełną subtelności, ale i dramaturgii dźwiękową scenografię dla monodramatu Fisha. Część z tych utworów znamy już z koncertów, chociażby „Man With A Stick”, czy „Little Man What Now?”. Ale inne numery też zaskakują wyrazistością i osobistym charakterem, raz wśród grzmotów, a raz w ciszy: ponure „The Grace Of God”, ujmujące „Walking On Eggshells”, folkujące „This Party's Over”, bogata „Rose Of Damascus”, czy słodko-gorzka „C Song (The Trondheim Waltz)”. Ale na tym nie koniec smakołyków, gdyż mamy w zanadrzu jeszcze dwa, być może najbardziej osobiste numery: „Garden Of Remembrance” i oczyszczający utwór finałowy, tak jak na Misplaced Childhood. W zasadzie każda tych dumnych, rozbudowanych kompozycji jest historią sama w sobie, krótką opowieścią zebraną pod wspólnym tytułem. To filmowe etiudy, wprost z jego duszy i umysłu, ukazujące przedziwne sceny z życia i towarzyszące im ekstazy i frustracje.

Weltschmerz, pomimo grubego opóźnienia premiery, spełnia pokładane w nim nadzieje z nawiązką. Fish mimo zapowiadanej między słowami emerytury nie wydaje się nigdzie wybierać; a jeśli nawet, to Weltschmerz jest godnym tego finałem. To płyta na miarę artysty, którego największe triumfy miały miejsce wiele lat temu, coraz dalej w czasie, ale który nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Fish pozostaje wierny swoim ideałom, swojemu stylowi, swojemu ego alfy i kapitana okrętu; i to nie jest bez znaczenia w odbiorze krążka, gdy doświadczony słuchacz wie, że jego ulubiony artysta pozostaje sobą. Co więcej, ten podwójny krążek ma w sobie wystarczająco dużo mocy, aby przywrócić wiarę w Dereka tych, którzy już skazali go na twórczą bocznicę. I chociaż nikt tego nie mógł zaplanować, to uważam, że Weltschmerz wyszło na zdrowie to, że opóźnił się w czasie; albowiem, ten frustrujący, przewrotny czas znacznie lepiej pasuje do wydźwięku tej płyty, niż rok czy dwa lata poprzednie.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load