Recenzje

2020-11-10
Róisín Murphy - "Róisín Machine"
""Róisín Machine" to dynamit, który chce się usłyszeć między ludźmi, gdy dudniące serca stanowią jeden organizm" - to cytat z recenzji nowej płyty byłej wokalistki grupy Moloko, która w październiku trafiła do sklepów.
Wykonawca: Róisín Murphy
Wytwórnia: ADA
Rok wydania: 2020

To przygnębiające, gdy tak dobra płyta ukazuje się w tak kiepskich okolicznościach. Róisín Machine to dynamit, który chce się usłyszeć między ludźmi, gdy dudniące serca stanowią jeden organizm. Róisín Murphy, po dwóch bardziej stonowanych krążkach, powraca do właściwego sobie tempa i rytmu, ponownie oddając się klimatom house’owym, dyskotekowym, doskonale tanecznym. To nie jest krążek do słuchania w domu – z tym trzeba wyjść na zewnątrz, na spacer po ulicy, do klubu, do baru, na koncert; ten sound wymaga publiczności, gremium dusz, a nie kanapy i słuchawek. To trochę jak oglądanie sztucznych ogni w świetle dnia, podziwianie obrazu z jpg’a, albo czytanie o muzyce.

O klubowym charakterze tego krążka niech świadczy chociażby fakt, że te piosenki płyną przez siebie gładko jak set dj’ski; czasem ciężko jest stwierdzić, gdzie dany numer się zaczyna, a gdzie kończy. To zresztą nie jest ważne przy takiej muzyce, gdy obcujemy z materiałem nagranym w myślą o parkiecie, albo jakiejkolwiek innej przestrzeni, gdzie muzyka wyzwala pokłady kinetyczne. To dumne, pełne blasku i fleszy numery, zatrzymujące czas i celebrujące ten moment, gdy ludzie zapominają o całej reszcie. Kiedy to znowu poczujemy, nie wiadomo; ale chciałbym, aby brały w tym udział takie petardy jak: „Simulation”, „Murphy’s Law”, „Incapable”, a przede wszystkim „Something More”.


Róisín zawsze lubiła czynić ze swoich płyt przestrzeń dyskotekową, taką ze srebrną kulą, świecącym parkietem, małą scenką, gdzie diwa staje przy mikrofonie i z majestatem godnym Donny Summer oczarowuje zebranych swoim wykonaniem „I Feel Love”. Ewolucja jej stylu, jeszcze w Moloko, od czasu ‘nowych brzmień’ przez taneczne hity („Sing It Back”) aż po avant pop, stawia ją na tej samej półce do Björk czy Goldfrapp. Od pierwszych dźwięków Roisin Machine, i rzecz jasna słów, oczywiste jest, że ten krążek to nie tylko chwilowy kaprys i rozrywka na przeczekanie pandemii; to ‘poważna’ płyta, wymierzona zarówno w nasze serca, jak i otwierająca samą Róisín przed nami jak rzadko kiedy.

Dyskotekę w stylu Róisín od typowej kolekcji house’owych hitów odróżnia to, że za tymi nieskazitelnymi rytmami i eleganckimi słowami skrywa się dużo osobistej prawdy. Wystarczy się wsłuchać; to nie są numery, które mają używać tylko takich słów, jakie będą dobrze brzmieć do tańca. A wyróżniony przeze mnie „Something More” to hymn chwili; krzyk o dowolnie rozumiane więcej, bo przecież to jeszcze nie koniec, co autorka na przestrzeni płyty kilka razy podkreśla. W tym numerze, jak i całej płycie, jest sporo przekazu, po który warto sięgnąć w takich chwilach, gdy nie brakuje frasunku, zarówno na to nasze ‘tu i teraz’, jak i na kolejne lata pełne leków i niepewności.

Słuchając Róisín Machine mam momentalną świadomość, że to jeden z tzw. krążków roku. To jakże potrzebny nam zastrzyk optymizmu; nawet, jeśli nagrany pod poszewką niepewności i świadomości czasu. Przy muzyce house i disco nie można się smucić, chociaż w pewnym momencie trzeba spojrzeć na ten przeklęty zegarek, założyć kurtkę i chwiejnym krokiem udać się do wyjścia, za którym czeka nas chłodna, wietrzna ulica. Ale zanim to się stanie możemy być świadkami, a nawet uczestnikami nie byle imprezy, jak gdyby rozkręcał ją sam Kevin Saunderson czy David Morales. Szczególnie, gdy bonus disc wypełniają doskonałe, maxi-singlowe ‘extended mixy’ większości płyty.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load