Recenzje

2020-12-03
The Smashing Pumpkins - "Cyr"
Billy Corgan nagrał kolejny monumentalny album ze swoją grupą The Smashing Pumpkins. Czy tym razem nawiązał poziomem do podobnych wydawnictw z przeszłości czyli "Ava Adore" i "Mellon Collie & The Infinite Sadness"? O tym w naszej recenzji Jakuba Oślaka.
Wykonawca: The Smashing Pumpkins
Wytwórnia: Warner Music Polska
Rok wydania: 2020

Słuchając nowego albumu The Smashing Pumpkins można poczuć się przytłoczonym. Billy Corgan z kompanią powrócili do epickich rozmiarów swoich najsłynniejszych wydawnictw. A było już tak dobrze – ich ostatnie „longplaye”, czyli Monuments To An Elegy i Shiny And Oh So Bright trwały ok. 30 minut, czyli tyle, ile obecne standardy. Tymczasem Cyr, którego okładka sugeruje, że jest kontynuacją Shiny…, to bite 72 minuty, 20 utworów. Taka ilość materiału męczy, choćby była wybitna. Łatwo się w niej pogubić i bardzo trudno jest dołożyć do każdego numeru należytą uwagę, tak jak na to zasługuje Corgan. Cyr jest homogeniczny; słucha się go nie jak albumu, lecz losowego zbiór piosenek, które nie dawały Billy’emu spokoju, każąc się nagrać. To jego płyta, napisana, zaśpiewana i wyprodukowana, mimo obecności większości złotego składu zespołu. To nic, że Pumpkins są placem zabaw naszego dziwacznego, łysego przyjaciela; aczkolwiek, Cyr daleko jest od bycia arcydziełem, jak Mellon Collie czy Adore, a nawet bardzo dobrą płytą, jak Oceania, gdzie ze złotego składu grał tylko Billy.

Drugim problematycznym elementem tej płyty jest jej brzmienie. I nie chodzi tu o sam fakt syntezatorów na pierwszym planie, ale o mierne ich wykorzystanie. Klawisze i idące za nimi taneczne, popowe nuty nie są w muzyce Pumpkins niczym nowym; patrz Monuments…, więc jakaś ciągłość koncepcyjna jest tu zachowana. Bardziej drażni to, że pasują one do brzmienia Pumpkins jak pięść do nosa. Syntezatory w muzyce rockowej XXI w. potrafią brzmieć doskonale, symbiotycznie z gitarami (Editors, The National, Radiohead, White Lies, Archive); od dawna nie stanowią już sacrum profanum „prawdziwej muzyki z duszą i pazurem”. Tu jednakże irytują, nie pasują, są zbyt wyeksponowane. O wiele lepiej sprawdzały się w tle, jako scenografia dla gitar i efektów, nadając im domowego ciepła w kontraście z zimną jak nóż post-grunge’ową alternatywą. Do tego drażnią one amatorszczyzną, jak gdyby w drużynie zawodowców na pozycji rozgrywającej umieszczono trampkarza. Nie ma co ich porównywać do Depeche Mode czy New Order, a nawet OMD czy Alphaville, bo to zupełnie inna liga.


Do przerwy przegrywamy 0-2 – płyta wlepiła nam swój rozmiar (dłużyzny i monotonię), oraz amatorskie klawisze. Ale czy to znaczy, że nie ma już niczego w zanadrzu? Otóż nie. Rick Wakeman z Yes powiedział kiedyś o Tales From Topographic Oceans, że jest to przeciętna podwójna płyta, z której da się złożyć wybitny, pojedynczy album. To samo dotyczy Cyr. Sporo numerów z tego zbioru jest naprawdę świetna – „The Colour of Love” trzyma poziom najlepszych numerów z ostatnich płyt („Dorian” z Monuments, „My Love is Winter” z Oceanii); „Ramona” i „Minerva” to tradycyjne ‘dziewczyny’ Billy’ego; sporo syntetyków nastraja tanecznie i melancholijnie - „Dopamine Addict”, „Starrcraft”, „Schaudenfreud”, czy „Wyttch”. A „Birch Grove” przypomina, że Billy potrafi pisać przebojowo, wciągająco, co momentalnie da się podchwycić i zapamiętać, tak jak niegdyś „Today” czy „Ava Adore”. To jest płyta złożona z bardzo indywidualnych piosenek, które razem się nie kleją – i gdyby wyszły one nie ma jednym albumie, lecz czterech kolorowych EPkach, miałoby to więcej sensu.

Co poza tym? Billy wciąż śpiewa swoim kaczym głosem, który także nie pasuje do syntezatorów. Jest kwaśny, psychodeliczny, cyniczny - brak mu popowego ciepła (może dlatego wpierają go chórzystki). Zalety tego krążka łatwo jest obrócić w jego wady – Billy osiągnął już w swoim życiu bardzo dużo, co w teorii pozwala mu nagrywać kolejne, hipotetyczne płyty brzmiące tak samo – i będzie OK. On jednak wciąż eksperymentuje, szuka, brnie dalej, daje ujście swoim fascynacjom, posuniętej do rangi sztuki imitacji. Od zawsze czerpał od innych, a mimo to, udało mu się wykuć własny, szeroko rozpoznawany sound i styl, a zespołowi nadać szczyptę tajemnicy i wielu płaszczyzn. Na Cyr nie do końca to się udało. Wyszedł mu z tego album-zakalec, który da się „poskubać”, ale jako całość zawodzi, męczy, pozostawia obojętnym. Chwilami ciężko się połapać, czy słyszymy Pumpkins, czy solowego Corgana. Ale tak mają ekscentryczni liderzy, że ich ego potrafi poddusić zespół. Pół biedy, jeśli przynosi to arcydzieła – Adore, Mellon Collie, Siamese Dream. Niestety, Cyr to ego bez arcydzieła.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load