Recenzje

2021-01-28
Steven Wilson - "The Future Bites"
Po 4 latach oczekiwania dostaliśmy nową solową płytę byłego lidera grupy Porcupine Tree zatytułowaną "The Future Bites".
Wykonawca: Steven Wilson
Wytwórnia: Universal Music Polska
Rok wydania: 2021

Wreszcie jest. Po trzech latach z dogrywką, The Future Bites spada na głowy wielbicieli Stevena Wilsona jak kwaśny deszcz na posągi w parku. Wilson przesunął datę premiery ze względu na pandemię, licząc, że… w zasadzie to nie wiem, jakie było jego rozumowanie, ale fakt jest taki, że The Future Bites stało się najdłużej oczekiwaną z jego płyt studyjnych (wliczając w to Porcupine Tree). To tylko statystyka, gdyż od ostatniego krążka To The Bone czas minął błyskawicznie, nie tylko na jego podziwianiu/krytykowaniu, ale także na koncertach i związanych z nimi wydawnictwami. Steven liczył prawdopodobnie na to, że do stycznia 2021 o pandemii będziemy mówić już w czasie przeszłym; jednocześnie, przez cały czas podgrzewał atmosferę ujawniając kolejne numery z albumu, oraz, przede wszystkim, jego ‘koncepcyjność’. The Future Bites, bowiem, to nie tylko kolejny album jednego z najciekawszych muzyków naszych czasów, ale też dobrze obmyślony, zaprojektowany i wydany ‘produkt’. Limitowany do 1 sztuki ultra-ekskluzywny egzemplarz albumu już został sprzedany za zawrotną sumę, co jest niezłym żartem na miarę Bansky’ego, biorąc pod uwagę treść tego krążka.

O ile To The Bone było spowiedzią, to The Future Bites jest kazaniem wobec całego społeczeństwa, potępiającym zarówno bezmyślne, nienasycone masy, jak i odurzone, przewrotne jednostki. Wilson nie odcina się od adresatów swoich gorzkich słów; wręcz przeciwnie, naprawianie świata zaczyna od siebie („12 Things I Forgot”, „Man of the People”), wyznając grzechy zaniedbania, powierzchowności, obojętności, ogłupienia technologią i mechanizmami medialnymi. Ale słowa wymierzone są także w nas – w ludzi, którzy nie widzą świata zza krawędzi telefonu, kalkulując i fałszując uczucia, stawiając wyłącznie na życiodajny ultra-konsumpcjonizm, koktajl obłudy i oportunizmu („Personal Shopper”, „Eminent Sleaze”). Wilson potępia absurdalny pościg na doczesnością, chociażby w postaci niepohamowanego kupowania… ekskluzywnych wydań płyt! Ten żart dotyczy zarówno jego samego (Steven jest kolekcjonerem na levelu expert, za co już przepraszał w „Index”), jak i nas, którzy często wykupują limitowany nakład na pniu celem kolekcji i inwestycji, a nie muzyki. A ten, kto choć trochę interesuje się bogatym katalogiem Wilsona wie, jak łapczywie rozchwytywane są jego wydawnictwa.


Tyle treść słów, a co z muzyką? Nie trzeba śledzić kariery Wilsona od samego początku, aby móc przewidzieć muzyczny kierunek The Future Bites. Tak jak To The Bone było śmiałą woltą w stronę elektroniki, taneczności, a wręcz popu, tak The Future Bites bynajmniej nie wraca do stricte gitarowych, introwertycznych, rockowych terytoriów, na których SW zbudował swoją renomę. Dla kogoś, kto kojarzy jego talent ogólnikowo i stereotypowo, The Future Bites może być szokiem termicznym; aczkolwiek, śledzący jego poczynania słuchacze nie powinni być zdziwieni takim obrotem sytuacji. The Future Bites to naturalny krok naprzód po To The Bone, umocnienie się na tej pozycji, która, pomimo większego zaangażowania nowoczesnych instrumentów – klawiszy, sekwenserów, bit-maszyn i samplerów – pozostaje wydawnictwem ‘progresywnym’. I’m an artist, not an entertainer, deklarował ze sceny Wilson, bodajże w Poznaniu, i konsekwentnie trzyma się tego przekazu. Rock progresywny ostatni raz był progresywny na początku lat 80-tych, gdy Yes, Genesis, a nawet King Crimson sięgnęli po elektronikę, nagrywając swoje najbardziej przebojowe numery.

Przebojowość to właśnie jedno słowo, jakim określiłbym The Future Bites. Tak jak To The Bone miało swoje „Permanating”, tak nowy album to przede wszystkim „Personal Shopper”. Dyskoteka trwa w najlepsze, na pełnych obrotach (45 rpm), z chórkami, bulgotem basu, samplami i wokoderem. Duchowym patronem tego nagrania są już nie długowłosi hipisi, lecz Kraftwerk, Giorgio Moroder i Pet Shop Boys. Ci ostatni mają w swoim dorobku takie kawałki jak „Shopping” czy „Integral”, tożsame kompozycją, brzmieniem, i przekazem z Wilsonem, który ściął włosy i zmienił t-shirt na czarny garnitur. Ten porywający floor killer to oś albumu, ale nie jedyny obecny tu skarb. „King Ghost” to kwintesencja nowoczesności, elegancki, frapujący, osamotniony monolog w obliczu demonów współczesności. „Eminent Sleaze” i „Follower”, pełne dynamiki, rytmu i uderzenia tyrady przeciw toksyczności, zazdrości, obłudzie, powierzchowności i wykorzystywaniu bliźniego. A na koniec, „Count of Unease”, wyciszona, minimalistyczna koda, w duchu „Drive Home” czy „Postcard”. 42 minuty mijają z szybkością maxi-singla. Wielka płyta zakończona nie wybuchem, lecz jękiem?

No właśnie, czy wielka? Bez sprawdzania wiem, że The Future Bites to nie tylko najdłużej oczekiwana, ale też najkrótsza z płyt Wilsona. Co prawda 42 minuty to ‘idealny’ czas trwania albumu, ale w jego złożonej, koncepcyjnej muzyce, mam wrażenie, że to trochę mało? Nie czuję się rozproszony, chcę więcej tej dyskoteki i tego przekazu, tego malowniczego, niejednorodnego krajobrazu. U Wilsona nawet muzyka 'pop‘ jest koncepcyjna, a wszystko, co robi jest otwarciem kolejnych drzwi do poznania jego wielowymiarowej i wielowątkowej przygody z muzyką. Aby polubić Wilsona trzeba mieć w sobie coś z geeka – patrzyć na świat zza okularów znawcy, kolekcjonera, takiego jak on sam, który z taką samą fascynacją podchodzi do Pink Floyd, co Tangerine Dream, czy Donny Summer. Tylko w ten sposób można zrozumieć, że The Future Bites to żadna rewolucja, tylko ciąg dalszy sagi – kolejny element kompleksowej układanki, jakie ujawnia przed nami artysta. On tego nie zaplanował z góry, ale do tego dążył, od kiedy zaczął czarować w Porcupine Tree. To jego przygoda, w której wszyscy bierzemy udział i do której sami się przyczyniamy, obdarzając go zaufaniem i miłością.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load