Recenzje

2021-01-29
Therion - "Leviathan"
Szwedzki Therion wydał pierwszą od 3 lat płytę studyjną zatytułowaną "Leviathan". Jest ona pierwszą częścią trylogii pod tym tytułem. Kolejne odcinki ukażą się w latach 2022 i 2023.
Wykonawca: Therion
Wytwórnia: Nuclear Blast
Rok wydania: 2021

Pierwsze wrażenie jest ważne lub najważniejsze – siadając do pisania tej recenzji zastanawiałem się nad tym, czy i w jakim stopniu to stwierdzenie pasuje do muzyki. Ile razy się zdarzyło, że kompozycja spodobała nam się dopiero po kilkunastu przesłuchaniach? Nieraz. Jak to wygląda z płytami? Nierzadko najlepsze piosenki pojawiają się przecież nie na dzień dobry, a w dalszej części albumu.

„Leviathan” to taki przypadek, gdy po pierwszym utworze – „The Leaf On The Oak Of Far” pomyślałem sobie, że chyba się nie polubimy. Zalicza wejście z buta, bo już w pierwszej minucie zawarto całą groteskowość symfonicznego metalu. W mocne łupanie wchodzi dziewczęcy głosik niczym z bajek, potem męski – próbujący udowodnić swoją siłę, ni to melodyjny, ni to operowy, a następnie zesłane zostają na nas chóry, cały czas przy metalowej naparzance. Miało wyjść podniośle, wyszło śmiesznie. I to jest problem z metalem symfonicznym: jeśli próba tego połączenia wyjdzie źle, bardziej chce się śmiać niż płakać. Sprawia to, że często nie mogę się do takiego grania przekonać.


Dostajemy zestaw, w którego skład wchodzą łupanie, skrzypce, chóry, podniosłe wokale. To wszystko poprószone jakby celtyckim klimatem („Tuonela” ), gotycką atmosferą („Nocturnal Light”), kreskówkowością brzmienia („Great Marquis Of Hell”) i nastrojem jakbyśmy za chwilę szli bić się pod Grunwaldem („Eye Of Algol”). Kompozycja „Leviathan” niby podniosła, ale gdy wchodzi kobiecy operowy wokal muzyka robi się jakaś taka słodsza.  A na szczycie tego wszystkiego znajduje się „El Primer Sol”, gdzie od początku wszystko idzie źle na czele z krzycząco-operowym śpiewem męskim.

Są utwory, w których pojawiają się słuchalne momenty. Całkiem ładnie wypada „Die Wellen Der Zeit” - kompozycja właściwie symfoniczna, inne elementy nie są zbyt inwazyjne. Nie ma tak słyszalnego efektu zgrzytu. Ale mimo wszystko po styczności z „Leviathanem” myślę, że czas poświęcony na jego słuchanie mogłem spożytkować lepiej. Oczywiście można pisać o „odważnym przekraczaniu granic” (jak ktoś lubi takie brzmienia, być może użyje takiego stwierdzenia), ale nową płytę zespołu ze Szwecji dopisuję u siebie do listy niezbyt udanych spotkań z symfonicznym metalem.

Autor: Marcin Knapik


End of content

No more pages to load