Recenzje

2020-07-01
Bob Dylan - "Rough And Rowdy Ways"
Trzydziesty dziewiąty album w dyskografii Boba Dylana to według naszego recenzenta: "(...) zaskakująco silna, jak najbardziej współczesna propozycja od mistrza, któremu poniekąd zawdzięczamy kształt muzyki, jaki obecnie obowiązuje".
Wykonawca: Bob Dylan
Wytwórnia: Sony Music Polska
Rok wydania: 2020

8 lat w życiu Boba Dylana to tylko chwilowa przerwa – tyle minęło czasu od jego ostatniej autorskiej płyty studyjnej. Ale w międzyczasie nadal działo się bardzo dużo: dwa krążki z coverami, kolejne oficjalne bootlegi i kompilacje, do tego Niekończąca Się Trasa, no i Nagroda Nobla. Dylan niedawno skończył 79 rok życia i bynajmniej nie słabnie pod kątem nakładów pracy. Spośród tych dziesiątek, jeśli nie setek wydawnictw, które sygnuje swoim imieniem i autorytetem, muzyką i poezją, chrapliwym głosem i kąśliwym spojrzeniem, z całą pewnością da się wskazać sporo śrutu. Aczkolwiek, Rough And Rowdy Ways do tej kategorii nie należą. To zaskakująco silna, jak najbardziej współczesna propozycja od mistrza, któremu poniekąd zawdzięczamy kształt muzyki, jaki obecnie obowiązuje.

Dylan ma tylu oddanych zwolenników, że wielu z nich jest także jego gorliwymi sceptykami. Każde jego nowe wydawnictwo jest obarczone bezkrytycznym zachwytem fanatyków, jak i cynicznym sceptycyzmem fachowca. Ale przecież ten muzyk słynie z tego, że lubi obracać swoich wielbicieli przeciwko sobie; a oni wciąż się nabierają na tą samą sztuczkę. Jaki zarzut tym razem obowiązuje? Że Dylan skończył się na Time Out Of Mind, jego głos kompletnie już wysiadł, i zamiast przyznać się do wypalenia to rdzewieje na naszych oczach; ponad wszystko, że stracił kontrolę nad tym, co właściwie robi. Dlatego, że nagrywa takie potworki jak trwająca blisko 17 minut piosenka „Murder Most Foul”, wybrana na singla(!) i dołożona na osobnym dysku do i tak zbyt długiego, rozwleczonego albumu.


Kilka faktów. Rzeczywiście, Rough And Rowdy Ways jest długą płytą – trwa 71 minut, co stoi w kontraście do obecnych standardów, kiedy albumy robią się coraz krótsze. Dalej, „Murder Most Foul” jest dodana na osobnym dysku, ale celem wyróżnienia spośród reszty. To wielki finał tej płyty, astronomiczne post-scriptum, które jest warte uwagi samo w sobie, nie tylko jako element albumu. Nie bez powodu Dylan przedstawił ten monumentalny numer, jako pilota tej płyty; to jego „wykład”, w którym wypomina staczającemu się w otchłań światu, że jest, czym jest. To kawałek, który czekał na swój moment; a ów przyszedł wraz z wybuchem pandemii, a jakże. Dobrze jest wsłuchać się w niego na poważnie i spróbować przyswoić, o czym właściwie Dylan mówi i przed czym nas ostrzega.

Reszta płyty ma zdecydowanie introspektywny charakter. Dylan opowiada o sobie, swoich snach, doświadczeniach, marzeniach, a także frustracji, niespełnionych nadziejach, teraźniejszych lękach i strachem przed nieznanym. Brzmi znajomo? W podobny sposób Leonard Cohen żegnał się swoją ostatnią płytą przed śmiercią. Oczywiście, że wróżę Dylanowi rychłego końca; nie mniej, nie sposób nie usłyszeć w Rough And Rowdy Ways pewnych konkluzji, powolnego wygaszania świateł, otwartego przekazu bez enigmy poezji, który ma trafić do serc i rozumów, jakie przy nim trwają. Dużo w tej płycie odniesień do przeszłości, uniesień i inspiracji; jak u Ginsberga w Skowycie, Dylan potokiem jaźni wspomina wszystko i wszystkich, których życie spotkało się z jego, niczym rachunek sumienia.

Drugą mocną stroną Rough And Rowdy Ways jest jego kompozycja muzyczna. Dylan rozstawił swój stołek gdzieś pomiędzy folkiem a bluesem, na skrzyżowaniu z country i klasycznym rockiem. To nie potężna, przestrzenna muzyka, lecz subtelne, wyciszone, domowe brzmienie, przyjemna samotność wśród piasków pustyni, z dala od zgiełku. To muzyka ascety, który przeżył i zapisał w sercu niejedno, a teraz dzieli się tym w intymnym, zaufanym kręgu przyjaciół. Rough And Rowdy Ways brzmi jakby Dylan grał tylko dla obecnych w studiu muzyków i realizatorów, zapisując przekaz, który mają zabrać do domów i słuchać w chwilach niepewności. Mam tutaj skojarzenia zarówno z ostatnią płytą Nicka Cave’a, która brzmi jak kołysanka dla samego siebie, jak i dźwiękowym memoirem Marka Lanegana.

Nie jestem wyznawcą Dylana, ani też surowym ekspertem oceniającym każdy jego ruch. Nie należę też do tych, którzy oceniają współczesną muzykę przez zasługi artysty sprzed 30-40 lat. I dlatego ta płyta po prostu mi się podoba. Jej przekaz jest silny, a nastrój wyciszający, skoncentrowany na wewnętrznej równowadze. Nie chcę odnosić Rough And Rowdy Ways do starych krążków, mimo iż podobieństwa do wspomnianego Time Out Of Mind czy Blood On The Tracks nasuwają się same. Tym większy szacunek dla Dylana, że w tym wieku wciąż ma w sobie motywację, siłę i zapał do tego, aby pisać i nagrywać. Jego głos poprawił się i przy całej swojej chrapliwości i naturalnym zużyciu wciąż zachowuje charakter. Poza tym, to Bob Dylan, żywa legenda, symbol. Jeśli on mówi, my słuchamy.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load