Recenzje

2020-07-01
Mariusz Duda - "Lockdown Spaces"
Sytuacja pandemiczna zatrzymała nas wszystkich na różne sposoby. Niektórzy jednak czas izolacji wykorzystali i nadal wykorzystują twórczo. Do tych osób należy Mariusz Duda - frontman Riverside i twórca Lunatic Soul, który właśnie wypuścił pierwsze wydawnictwo, sygnowane wyłącznie swoim imieniem i nazwiskiem.
Wykonawca: Mariusz Duda
Wytwórnia: Glassville Records
Rok wydania: 2020

Wychowaliście się na przełomie lat 80. i 90.? Graliście w ówczesne gry na Atari, Commodorze, czy Amidze? Świetnie, bo na płycie „Lockdown Spaces” znajdziecie dźwięki, które mogą ci się wydać dość znajome. Odnośnik do gier komputerowych nie jest tu bez znaczenia. Kiedyś jednym z kryteriów oceny danej gry był dość oryginalny, choć wysoce subiektywny termin zwany „miodnością”. Myślę, że podobnie można podejść do zawartości „Lockdown Spaces”. Dlaczego? Ano dlatego, że mimo dość zimnej aury całościowej, to płyta bardzo płynna, harmonijna, bujająca nawet bardziej, niż najbardziej kołyszące utwory macierzystej formacji artysty. „(…)wracam do korzeni, do mojego pierwszego instrumentu, i do muzyki elektronicznej, która jest moim „matczynym mlekiem”, a skoro wracam do korzeni, to chodziło i o to, żeby też wrócić do czasów arkadówek, pierwszych gier telewizyjnych, Atari, Commodore, czyli zrobić taką rozpikselowaną elektronikę, która trochę nawiąże do Kraftwerka, ale i będzie miała trochę wspólnego ze współczesnym Minecraftem” – taką wiadomość otrzymałem od Mariusza wraz zawartością muzyczną. A jak to wygląda w praktyce?


Otwierający całość „Isolated” zwraca uwagę delikatną melodią, istotnie kraftwerkowym tłem oraz trzecioplanowym soundscape’owym głosem Dudy. Mnie skojarzył się także z… „She’s The Sun” grupy Scooter. Niepokojąco i klaustrofobicznie brzmi natomiast utwór tytułowy, naznaczony punktującym bitem (skojarzenie z grą „Space Invaders” nie wydaje mi się mylące) i przejmującym szeptem ze słowami: „I’m in a lockdown spaces…”. W tym wypadku ‘skuteczności’ mógłby pozazdrościć Mariuszowi nawet Trent Reznor. Nastrój potęguje katakumbowo-pikselowy „Bricks”. Pierwsza część utworu brzmi, jak soundtrack z zapomnianej mgławicy, którą ciężko zarejestrować Nebulą, zaś druga… buja lepiej, niż niejeden współczesny kawałek hiphopowy! Nie zabrakło w nim także znaków firmowych Mariusza, a więc charakterystycznej, nieco rozmarzonej partii wokalnej i silnej, choć nie tak mocno zaznaczonej melodii. Z kolei dwuminutowy „Waiting” ma sobie coś z filmu „Cube”. Okraszony niespokojnym oddechem, a przede wszystkim zimnym podkładem, chyba najlepiej odzwierciedla poczucie izolacji, któremu ‘patronuje’ cały album. Natomiast „Thought Invaders” to kolejny fragment, który można by połączyć z jakąś fabularną grą komputerową. Utwór stopniowo, acz delikatnie narasta, skromnie rozwija się i w podobny sposób wycisza. Pięknie za to mantruje kolejny  - „Pixel Heart”. To taki pozornie rozmyty trans, ozdobiony bodaj jedyną w miarę ‘czystą’ partią wokalną Mariusza. Za swoiste interludium można z kolei potraktować „Silent Hall”, które brzmi trochę jak zaginiony sygnał ze stacji kosmicznej. Zaś nieco ‘depeszowo’ wybrzmiewa „Unboxing Hope”, w którym właściwie czekamy aż wejdzie wokal… Dave’a Gahana (zamiast tego jest ‘poboczny’ głos głównego twórcy). Album zamyka „Screensaver”, którego tytuł idealnie oddaje charakter owego outra.

Nie wiem, czy jest to idealny muzyczny dokument czasów pandemii, ale na pewno jest to silna autorska odpowiedź na bieżący czas. I o ile w przypadku Lunatic Soul z mniej lub bardziej zrozumiałych powodów nigdy nie uświadczyliśmy występów na żywo, o tyle wydaje mi się, że przedstawienie materiału z „Lockdown Spaces” live jest jak najbardziej możliwe.

Autor: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load