Recenzje

2020-08-17
Biffy Clyro - "A Celebration of Endings"
Ponad 2 miliony sprzedanych płyt. Nominacje do Mercury i BRIT. Nagrody magazynów "Kerrang!", "NME" i "Q". Występy na festiwalach Reading, Leeds, T In The Park oraz Radio 1 Big Weekend. I właśnie ukazała się nowa płyta Szkotów z Biffy Clyro. A już w październiku 2021 roku zespół przyjedzie do warszawskiej Stodoły.
Wykonawca: Biffy Clyro
Wytwórnia: Warner Music Polska
Rok wydania: 2020

Wyobraźmy sobie udomowione zwierzę. Przyjazne, przytulisz się do niego, milusio, przyjemnie. Ale czasami pojawia się jakiś bodziec sprawiający, że potrafi być agresywny, ostry. Takie może trochę karkołomne porównanie wymyśliłem sobie, by opisać nową płytę szkockiego zespołu – ósmą lub dziewiątą w dorobku. To zależy od tego, czy ktoś wlicza do niego zeszłoroczny krążek „Balance, Not Symmetry”. W zasadzie to zacząłem od końca, bo to mogłoby być podsumowanie recenzji. Muse, Thirty Seconds To Mars – jeśli jacyś fani tych zespołów nie znają Biffy Clyro, to powinni się zapoznać z tym albumem, bo się im spodoba. Rockowy pazur, czasami stępiony, czasami ostry. Sporo przebojowości. Popowe zacięcie. I skłonności do podniosłości i przepychu.

„North of No South” ma zaczepny, acz przyjemny początek, ale potem dołącza się ciężka gitara, by następnie zrobiło się przyjemnie i letnio z energetycznym refrenem. Sporo się więc dzieje w otwarciu albumu i generalnie taka jest ta płyta. Zmienna, jeśli chodzi o style. Choć najbardziej karkołomną próbą pożenienia różnych nastrojów i sposobów ekspresji muzycznej jest zamykający album „Cop Syrup”.  W pierwszej połowie – rockowy, agresywny, z krzykami, by w połowie się uspokoić. Robi się podniośle, filmowo. Pojawiają się smyczki, które powracają co jakiś czas na płycie. Taki element urozmaicenia. I tak sobie płynie ten utwór, by na końcu pojawiła się znów agresja i krzyk Simona Neila: „Fuck everybody! Woo!”. Duże przeskoki. Tak się tutaj bawimy.


„Tiny Indoor Fireworks” może być poprockowym hymnem słonecznego lata. Bo to taki letni, rockowy czasoumilacz. Jest „Hey, hey, hey” na początku i nie tylko, są zaśpiewy „Whoa, whoa”, jest melodia, jest pozytywna energia. W poszukiwaniu stricte rockowego pazura odsyłam do „Weird Leisure” - przebojowego, z dynamicznymi zwrotkami, „End Of”. Plus „Worst Type of Best Possible” - agresywnie się zaczynającego i kończącego w stylu elektrogitarowym, a w środku ładnym. I ten utwór będzie moim faworytem z tej płyty. Jeszcze „The Pink Limit”, choć on bardziej skręcający w poprock.

Z drugiego strony – ładna, walczykowata, popowa ballada „Space”. Taki trochę „Perfect” Eda Sheerana. Są smyczki i jeszcze to przeciąganie „heaaaaaart”. Typowy utwór do wzruszeń. Aż robi się za słodko. I jeszcze „Opaque” - też ładna piosenka balladowa z akustyczną gitarą i smyczkami. Pozostając w bardziej popowych rejonach, takim najbardziej oczywistym utworem kręcącym się w tych rejonach jest elektropopowy „Instant History”. Nie jest to aż tak wielkie zaskoczenie, bo panowie potrafią grać bardziej popowo – patrz:„Re-arrange” z płyty „Elipsis”.

W sumie wychodzi płyta na zasadzie „dla każdego coś miłego”. To już podsumowanie na koniec recenzji. Album z ryzykownymi połączeniami, czasem nawet w obrębach jednej kompozycji. Biffy Clyro pokazuje dwie, a nawet trzy twarze: pierwsza – łagodna i spokojna, druga – przyjemna i energetyczna, trzecia – agresywna, z pazurem. Nie napiszę, że to płyta z szufladki: „miło sobie posłuchać”, bo owszem są ordynarnie popowe piosenki, ale ta rockowa strona nie zawsze jest taka milusia. Ale ciekawie jej sobie posłuchać, by zmierzyć się z tymi zmianami muzycznych nastrojów.

Autor: Marcin Knapik


End of content

No more pages to load