Recenzje

2020-08-20
Sparks - "A Steady Drip, Drip, Drip"
Istniejąca od 53 lat kalifornijska grupa Sparks zaprezentowała swój 24 (!!!) album studyjny "A Steady Drip, Drip, Drip".
Wykonawca: Sparks
Wytwórnia: Warner Music Poland
Rok wydania: 2020

Muzyka Sparks to smak nabyty, pełna enigmy, nieprzewidywalności, liryki i „braku piątej klepki”. To muzyka o niezwykłym poziomie poczucia humoru i auto-ironii; aczkolwiek, podszytej inteligencją, introspekcją, wrażliwością, zmysłem obserwacji i ciętej riposty wobec świata. Sparks to muzyczny odpowiednik Monthy Pythona, przedstawiający świat w krzywym zwierciadle, surrealistyczny i absurdalny, acz fascynujący i niekiedy przebojowy. Sparks dzielą słuchaczy na fanatycznie oddanych i bezwzględnie negujących, podobnie jak Cpt. Beefheart czy Frank Zappa; ale od 50 lat wciąż podążają swoją pokrętną ścieżką, inspirując coraz młodszych muzyków, i z każdą płytą idzie im coraz lepiej.

Sparks potrafią nagrać przebój, co udowodnili w przeszłości piosenką „When Do I Get To Sing ‘My Way’”, i nowa płyta takim właśnie kawałkiem się otwiera. „All That” to hymn, finał na start, podniosły, wzruszający, zapadający w pamięć. To utwór, z którym nie jeden słuchacz będzie mógł się zidentyfikować, ze słoną łzą w oku, dokładnie tak jak z „When Do I Get…”. Typowe szaleństwo Sparksów przychodzi wraz z drugim „I’m Toast”, znacznie bliższym ich art-rockowego cyrku. Pełna kulminacja i kumulacja nadchodzi wraz z „Lawnmower” – ich odpowiednikiem pythonowskiej „The Lumberjack Song”. Wszystko jasne, znowu jesteśmy wewnątrz snu tej dwójki pomyleńców.


Wśród typowego szaleństwa Sparks, które z każdą płytą staje się mniej wytrawne, a bardziej przystępne, znajdziemy też chwile naprawdę ujmujące. Poza hucznym „All That”, nowa płyta oferuje „Pacific Standard Time” – frapujący, nostalgiczny, folkowy w nastroju kawałek nawiązujący do strefy czasowej ich rodzinnej, pseudo-idyllicznej Kalifornii. Przy całej grotesce, takie momenty pokazują, że bracia Russell i Ron Mael noszą też w sobie nuty romantyków, chociaż wciąż pod maską magicznych kpiarzy. Ich punkt widzenia to loża szyderców z The Muppet Show, bezpieczna przystań, z której mogą nie tylko obserwować i kontemplować, ale też subtelnie i poetycko wyśmiewać świat.

Nic, co robią bracia Russell i Ron Mael nie należy brać na poważnie, „face value”. Tak naprawdę, nie mamy pewności, czy oni w ogóle są braćmi. Ta dwójka to zagadka, tak jak The Residents, bawią się ze słuchaczem w teatr synth-popu, awangardy, wodewilu i art-rocka. W ich muzyce jest tyle Talking Heads, co Bryana Ferry; tyle Franka Zappy, co Pet Shop Boys. I pomimo iż są w wieku The Rolling Stones, to nadal tworzą z pełnym zapałem, ciesząc się sławą niszowych ikon; lub też, artystów, o których nikt nigdy nie słyszał. Z jakichś powodów, są magnetyczni – i tak jak przekonuje piosenka „One For the Ages” – pozostają w wyobraźni tych bardziej kreatywnych spośród nas na bardzo długo.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load