Recenzje

2020-08-28
The Waterboys - "Good Luck, Seeker"
Grupa kierowana przez niezmordowanego Mike'a Scotta wydała czternasty album studyjny. Według Jakuba Oślaka, jest to to "przyjazna płyta, na nieprzyjazny czas".
Wykonawca: The Waterboys
Wytwórnia: Mystic Production
Rok wydania: 2020

Przywykliśmy już do tego, że muzyka The Waterboys to klimaty folkowe, celtyckie, czasami bluesowe, rockowe, czasami alternatywne, a czasami popowe. Grunt, że jest to brzmienie nieprzewidywalne. Już sama ich efemeryczna nazwa nie przywodzi nic konkretnego do głowy; jest jak płótno gotowe do zamalowania, a sposób jego wykonania zależy wyłącznie od widzimisię Mike’a Scotta. Co ważne, zespół z ich stażem i wypracowaną renomą wciąż potrafi porwać, zauroczyć, zmusić do wielokrotnego odsłuchu nowego albumu, bez odcinania kuponów, grania wciąż tego samego. Czują się doskonale pod opieką prężnej wytwórni Cooking Vinyl i niecały rok po wydaniu Where The Action Is dostarczają nam zupełnie nowy krążek. Good Luck, Seeker to zaskoczenie, zarówno dla tych, którzy o The Waterboys mają mgliste pojęcie, jak i tych, którzy na owe zaskoczenie czekają.

Good Luck, Seeker już na starcie, czyli okładce, sugeruje coś wyjątkowego. Ten graficzny temat pasowałby do jakiejś płyty prog-rockowej, spod znaku Neala Morse’a lub The Flower Kings. I coś w tym jest, albowiem Good Luck, Seeker dotyka gitarowej progresywności; podobnie jak muzyki rhythm’n’blues, funk, pop, house, krajobrazów psychodelicznych, instrumentalnych, słowa mówionego; czego tu nie ma?! Mike Scott jest w szampańskim nastroju, a jego kreatywność zabiera zespół i nas w przedziwną podróż, którą nie sposób określić jednym słówkiem gatunkowym. Ta eksplozja pomysłów owocuje albumem, w który zderza się przestrzeń Ommadawn Oldfielda z imprezą i tanecznością Screamadeliki Primal Scream. Ta płyta to przygoda, która przypomina zarówno lot wśród nieznanych krain, jak i tułaczkę od baru do baru, w beztroskich czasach.


Good Luck, Seeker ma w sobie coś z filmu – jest to potężne przedsięwzięcie, poruszające nie tylko wiele tematów i nastrojów, ale także idące według instrukcji reżysera i scenarzysty. Nie wybiegałbym aż tak daleko, aby nazywać tą płytę albumem koncepcyjnym, ale chwilami tak ona brzmi. Początek jest zupełnie przebojowy – jest tu kilka gotowych hitów, takich jak „(You've Got To) Kiss A Frog Or Two”, nowoczesny „Dennis Hopper” (odpowiedź na „Clint Eastwood” Gorillaz?), oraz zupełnie acidowy „Freak Street”. Gdzie my jesteśmy, czy to są The Waterboys? Przecież oni zawsze brzmieli jak Simple Minds albo The Frames; a tymczasem tu, nie dość, że same syntezatory, basy i efekty, to nawet Steve Wickham gra na elektrycznych skrzypcach i wiolonczeli. A na dokładkę jeszcze ten soulowy, podrywający na nogi „Soul Singer”, żywcem wyjęty z dorobku i filmu Blues Brothers.

Ale druga strona płyty już taka nie jest. Tutaj oddajemy pole tej romantycznej, krajobrazowej, impresjonistycznej części duszy The Waterboys. Osią akcji staje się „My Wanderings In The Weary Land”, owe wspomniane wcześniej prog-rockowe zakusy, a zaraz po nich – bajkowe „Postcard From The Celtic Dreamtime” i tytułowy „Good Luck Seeker”. Jakże odmienna atmosfera od imprezowej strony A. Przenosimy się w poetyckie krainy wyobraźni, gdzie Mike Scott, niczym Viv Stanshall, recytuje niestworzone rzeczy rodem z Harry’ego Pottera lub O czym szumią wierzby. Mimo tego oczywistego kontrastu, ma to sens, tak jak ludzkie wahania nastrojów. Grunt, że dzięki wyobraźni Mike’a Scotta i jego świty dostajemy po raz kolejny album na lata; krążek, którego odkrywanie będzie przyjemnie kraść nam czas jeszcze wiele razy. To przyjazna płyta, na nieprzyjazny czas.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load