Recenzje

2020-09-29
Maciej Gołyźniak Trio - "The Orchid"
Płyty sygnowane nazwiskiem perkusistów noszą w sobie piętno liderów, którzy chcą się popisać i dać upust swoim twórczym zapędom znad zestawu bębnów. Z „The Orchid” tria Macieja Gołyźniaka jest dokładnie odwrotnie.
Wykonawca: Maciej Gołyźniak Trio
Wytwórnia: Polskie Nagrania
Rok wydania: 2020

Seria Polish Jazz rządzi się swoimi mniej lub bardziej zrozumiałymi prawami. W jej ramach wychodzą projekty na swój sposób wyjątkowe. Po jej reaktywacji przed kilku laty, postawiono w pierwszej kolejności na młodych twórców (Kuba Więcek, Jerzy Mączyński). 84 wolumin przypadł pod koniec ubiegłego roku Krzysztofowi Herdzinowi, zaś kolejny kilka tygodni temu – właśnie Maćkowi Gołyźniakowi. Znamy go z płyt Brodki, Sorry Boys, czy Lion Shepherd.  Jak sam twierdzi – ten materiał siedział w nim długo. Dojrzewał, puchnął, wręcz uwierał. Trzeba więc było go zarejestrować. Do pomocy w realizacji zaprosił znakomitych kolegów: Roberta Szydło, który zagrał na basie (oraz zarejestrował całość wraz z gospodarzem) oraz Łukasza Damrycha, który zagrał na pianinie i syntezatorach. Gościnnie pojawił się także Łukasz Korybalski, który zagrał na flugelhornie.

Album rozpoczyna „The Restless Rain”. Trochę niepokojący, istotnie deszczowy zgodnie z tytułem, ale przede wszystkim naznaczony cudownie miarowym rytmem (ostinato – słowo klucz) lidera, kapitalnym frazowaniem fortepianowym Damrycha oraz wzniosłym, momentami ostrym flugelhornem Korybalskiego, dopełnionym urokliwym punktowaniem Szydły. To ponoć wizytówka całej płyty. Prawdziwy odjazd zaczyna się jednak w „Never Lean On Anything You Know”, gdzie słychać echa jazz-rocka, kilka łamańców i zakrętów rodem z Nowego Jorku (te klawisze i synthy!), a przede wszystkim niesamowity vibe, za który odpowiada w tym wypadku sekcja rytmiczna. Swoisty spacer mokrymi, nieco zamglonymi ulicami funduje natomiast utwór tytułowy. Lider wybija swoje na pętli, a pozostali panowie budują ‘komedowe’ tło. Przypomina to odrobine najlepsze dokonania z tria Marcina Wasilewskiego z czasów wspólnej gry z Tomaszem Stańko. Nieco inaczej wybrzmiewa „Elwood Curtis, Brooklyn Ave 1567”, zainspirowana powieścią „The Nickel Boys” Colsona Whiteheada. Tu bębny Gołyźniaka brzmią najpełniej, okraszone niemniej intensywną partią fortepianu Damrycha i równie sugestywnym flugelhornem Korybalskiego. Co więcej – utwór nie kończy się nagłym ‘urwaniem’, ale wyciszeniem – jak za dawnych lat.

Najbardziej przebojowy na płycie zdaje się być „The Writing Is On The Wall”. Pozornie prosta, kołysząca figura na bębnach, podbijana główną melodią na fortepianie po prostu raduje, a pod koniec zaskakuje łamiącymi dźwiękami, zbliżonym do brzmienia organów Hammonda. I ponownie kończy się wyciszeniem. Z kolei w „Colours Of Autumn” główna partia basu przypomina nieco „Billie Jean” Michaela Jacksona, ale już reszta czyni z niej znacznie głębszą, jesienną opowieść, mimo iż zaklętą w niespełna 4 minutach. Album puentuje zaś „Shore To Shore” – mroczna, oniryczna, acz niezwykle atmosferyczna ballada, gdzie lider bazuje głównie na czynelach, dając kolegom opowiedzieć główną część. Piękne zakończenie i niepostrzeżenie uchylona furtka, która nakazuje zapytać: A gdzie reszta?

Taki właśnie jest „The Orchid” – żywy, otwarty, w którym melancholia przenika się z jasnym ciepłem, dając poczucie obcowania z czymś pięknym i… dobrym. Na jesień, która już zaczyna wybuchać swoimi odcieniami – pozycja obowiązkowa. Gwarantuję, że wciągnie na dłużej.

Autor: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load