Recenzje

2020-10-03
Thurston Moore - "By the Fire"
Były muzyczny mózg grupy Sonic Youth wydał siódmy solowy album studyjny.
Wykonawca: Thurston Moore
Wytwórnia: Cargo Records
Rok wydania: 2020

Słowem-kluczem nowej płyty Thurstona Moore’a niech będzie lokomotywa. To nie tylko tytuł jednej z piosenek, osi i emblematu tego potężnego albumu, ale też jego podstawowy motyw muzyczny. Ten charakterystyczny groove, z którym obcujemy już na starcie w numerze „Hashish”, to nic innego jak rytm jazdy pociągiem, który wykorzystywali w swojej sztuce zarówno Julian Tuwim jak i Kraftwerk. A jest to, w rzeczy samej, pociąg przestronny, długi, luksusowy i mknący gdzieś przed siebie, ku nieznanej jasności. Thurston dobrze opanował eksperymentalne, acz przyjemne, domowe brzmienie tego rocka, które ukazywał już wcześniej na płytach Rock’n’roll Consciousness i The Best Day. Aczkolwiek teraz, przez wgląd na samą długość tej podwójnej płyty, mówimy tu o nie lada podróży. Zatem, niech obok lokomotywy drugim słowem-kluczem będzie ten wspomniany już haszysz.

To, że Thurston uwielbia szalone przygody z gitarą, kompozycją, dźwiękiem, zespołem – w ogóle muzyką – nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem, kto choć trochę liznął jego przepastnego dorobku; zarówno tego bardziej popularnego, jak i niszowego, niskonakładowego. By The Fire jest wypadkową tych dwóch światów – powierzchniowego i podziemnego. Na powierzchni mamy sympatycznego, ludzkiego i wiecznie młodego kolesia w trampkach z gitarą, który trwale wpłynął na kształt i brzmienie amerykańskiej alternatywy. Pod powierzchnią, Thurston to szalony kreator-wizjoner, nienasycony eksploracji, tworzywa i dekonstrukcji dźwięku. Jego nauczycielem był Glenn Branca, ten sam, który grał na gitarze elektrycznej o dwóch korpusach połączonych jednym gryfem. Na dwóch krążkach By The Fire mamy oba te światy: przebój i eksperyment, komfort i dyskomfort.


Jak każda podróż, zarówno ta metafizyczna jak i ta zupełnie cielesna, tak i By The Fire ma swój zmienny przebieg. Upraszczając, pierwszy krążek to wspomniany już przebój – groove, rytm, ciepło, ta niezwykle komfortowa, domowa atmosfera; okiem wyobraźni można dojrzeć Thurstona na scenie, jak razem z Deb Googe i Jamesem Sedwardsem rozkręcają imprezę w małym klubie. Towarzyszy im Jon ‘Wobbly’ Leidecker (znany z eksperymentalnego kolektywu Negativland) obsługujący elektronikę, oraz Jem Doulton, który w większości numerów zastąpił na perkusji Steve’a Shelley. Jesteśmy w klubie, jesteśmy w pociągu, para buch, koła w ruch, jedziemy, tańczymy, jest po prostu dobrze. Kompozycje są długie i niespieszne, ale wyczerpujące temat, zupełnie jak u Neila Younga, albo w przeżywającym renesans brzmieniu space-rocka w stylu Hawkwind, Steve’a Hillage, czy Gong.

Ale każdy dobry trip ma też swoją złą stronę, i to właśnie ona dominuje na krążku drugim. Nastaje ciemność, wjeżdżamy w tunel, gdzie rytm i groove łamie hałas, jazgot i kakofonia; nagle okazuje się, że nasz Orient-Express może zmierzać nie w nieskończoność, lecz do przeklętego Mostu Kasandry. Ciepłe brzmienie staje się niepokojące, hałaśliwe, wchodzi na terytoria okupowane od lat przez Swans. Kulminacyjny odlot to „Venus”, ale już „Locomotives”, które trzyma oba oblicza płyty w uścisku, daje nam pojęcie, dokąd to wszystko zmierza. A jeszcze przed chwilą rozkoszowaliśmy się przebojowymi „Cantaloupe”, „Breath” i „Siren”, gdzie wszystko było jasne, a my byliśmy szczęśliwi. No cóż, takie życie. Ale gdy płyta dobiega końca, a nasz pociąg szczęśliwie wyhamował (albo nie), chcemy wsiąść do niego ponownie. Bo tylko w muzyce znajdujemy szczęście, tylko ona nas ocali.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load