Recenzje

2020-10-09
The Levellers - "Peace"
Dwa miesiące temu ukazał się "Peace", nowy album folk-punkowej grupy The Levellers, ich pierwszy nowy materiał od ośmiu lat. Tak, ja też go przegapiłem. Wszyscy przegapiliśmy. Ile płyt takich jak ta umyka naszej uwadze codziennie, co tydzień, przez całe życie?
Wykonawca: The Levellers
Wytwórnia: On The Fiddle Recordings
Rok wydania: 2020

Peace to petarda hitów gotowych do odpalenia; to płyta, jakiej właśnie teraz potrzebujemy, pełna życia, energii, optymizmu i nadziei. Panowie nagrywali ją pod koniec ubiegłego roku, a ogłoszenie jej premiery nastąpiło tuż przed ogłoszeniem pandemii… więc, jej brzmienie pochodzi, w pewnym sensie, z innego świata. Jest oczywiste, że to materiał komponowany z myślą o sytuacji koncertowej; ba, nawet kolejność utworów na krążku ma koncertowy flow. Słuchając tego brzmienia łatwo poczuć się znowu w tłumie, skacząc do radosnej, zaczepnej, ale niezwykle pokojowej, ‘barowej’ muzyki. Oczywiście, poza tą barową atmosferą jest w niej też dużo przekazu, niekoniecznie radosnego, ale o tym później.

Pierwsze wrażenie to ta niezmordowana energia, te przebojowe melodie i dynamika utworów, te refreny, które od razu się zapamiętuje i rozpoznaje już przy kolejnym starcie. Peace to taki album, który przypomina składankę ‘greatest hits’ – każdy jeden numer to żywy dynamit, który wiele innych zespołów rozmieniłoby na kilka krążków. To nie tylko otwierający płytę, genialny numer „Food Roof Family”, ale też stadionowy „Four Boys Lost”, odrobinę hardcorowy „Burning Hate Like Fire”, czy poetycki, cierpki, mój ulubiony „Calling Out”. Czuć jest ten niepokój i zgiełk, sygnał pędzącej karetki i biegnący tłum. Słychać ten bardowski, uliczny rytm i te skrzypce Jona Sevinka, dające ten wyspiarski, folkowy pogłos; jednocześnie, to brzmienie łatwo porównać do niepokornego post-punku w stylu New Model Army – szczególnie w numerach „Our New Day” i „Born This Way”. Niepokorność to słowo-klucz – Levellersi nie dają sobie w kaszę dmuchać, grają to, co chcą, jak chcą, no i kiedy chcą.


The Levellers to lata doświadczenia w graniu przebojowo, ale na drugim planie; porywająco, ale tylko dla wybrańców. Ich brzmienie nie jest skomplikowane – łatwo wrzucić je w worek popu, rock’n’rolla, nowej fali, czegoś powszechnie lubianego i niegroźnego. Dlaczego zatem ich nie znamy? W czym lepsze są jednorazowe hity jak „Breakfast at Tiffany’s”, „Tubthumping” czy „You Get What You Give” (autorów nie wymieniam, bo to oczywiste) od pocisków zebranych tutaj – chociażby „Generation Fear”, czy triumfalnego, finałowego „Albion & Phoenix”? Odpowiedź, poza oczywistą, wydaje się prosta – The Levellers czują się komfortowo tam gdzie są. Ich sława to renoma zespołu ‘kultowego’, o oddanej rzeszy stałych fanów. To ukryty skarb wyspiarskiej muzyki, podobnie jak The Waterboys, Hothouse Flowers, czy The Teardrop Explodes. Nigdy jednak nie jest za późno, aby to nadrobić; szczególnie, czy dany zespół serwuje nam taki jak ten delikates, pożerany z szybkością fast-foodu.

Warto wspomnieć, że The Levellers, poza kilkoma naturalnymi zmianami na starcie kariery, pozostają po dziś dzień w tym samym, niezmienionym składzie. Oczywiście Mark Chadwick pozostaje liderem, frontmanem i głównym songwriterem, ale ten zespół nigdy nie będzie sobą bez Simona Frienda, z którym Mark wymienia się wokalem na kolejnych numerach, oraz ‘maskotki’ zespołu, Jeremiego Cunninghama. Do tego Charlie Heather i wspomniany wcześniej Jon Sevink i mamy ekipę, która jest ze sobą na dobre i na złe, w latach tłustych i chudych. Tą jedność czuć jest w ich brzmieniu, to braterstwo, które wyżej ceni wspólnotę, niż indywidualności. To krzepiący przekaz, bardzo nam teraz potrzebny. Szczególnie, gdy teksty tych piosenek, wcale nie zwiastują dobrego jutra. To lament i gniew nad ludźmi i światem, nad czasem i zgnilizną, nad antyczłowieczeństwem, korupcją i upadkiem. Nie wliczając z to pandemii, która była im jeszcze wtedy, gdy pisali i nagrywali te numery, nieznana.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load