Recenzje

2020-11-16
Lunatic Soul - "Through Shaded Woods"
Mariusz Duda wykorzystał czas pandemii na realizację kilku solowych projektów. Jednym z nich jest nowy album Lunatic Soul, który miał premierę 3 dni temu.
Wykonawca: Lunatic Soul
Wytwórnia: Mystic Production
Rok wydania: 2020

Chylący się ku końcowi paskudny rok 2020 jest przez wielu określany mianem ‘straconego’. Kluby zamknięte, trasy odwołane, chaos, gniew i złe nastroje społeczne. Te okoliczności mają swój wpływ także na artystów, wśród których jedni wpadają w marazm, a drudzy w wytężony wir pracy. Lider Riverside, Mariusz Duda, bez dwóch zdań należy do tej drugiej kategorii; rozpoczęty cykl „piosenek podskórnych”, spontaniczny, minimalistyczny album Lockdown Spaces, a na finał siódmy krążek Lunatic Soul. Wszystko w ramach lockdownu, kwarantanny, schronienia przed światem i odnajdywania szczypty światła w ciemności amoku. Nazwanie Through Shaded Woods najlepszym wydawnictwem Lunatic byłoby krzywdzące dla pozostałych albumów. Nie da się jednak ukryć, że ta ‘leśna’ płyta Mariusza jest wyjątkowo imponująca i nie pozostawia wątpliwości, co do ambicji, talentu, doświadczenia i twórczych sił naszego bohatera pokładanych w swoim solowym projekcie.

U zarania, Lunatic Soul był czymś w rodzaju dopływu dla Riverside, miejscem na niepasujące do głównej rzeki pomysły. Z czasem, stał się niezależną, równoległą przestrzenią, która potrafi zaciekawić nawet tych, którzy do Riverside podchodzą nieufnie. Magia Lunatica nie podlega presji; kolejny album nie ‘musi’ być lepszy od poprzedniego, nie ‘musi’ w rozwijać wątków, ani też się od nich odcinać. Przez swoje bytowanie na bocznym torze, Lunatic jest przestrzenią, gdzie Mariusz Duda może wszystko. I właśnie to wszystko staje się z płyty na płytę coraz bardziej wyraziste, spójne, ambitne, wręcz koncepcyjne. Już Fractured pokazało, że ten projekt należy traktować na sto procent, tak jak traktuje go jego spiritus movens. Tym większa frajda dla nas, którzy nigdy nie wiemy, czym będzie kolejny album; a jak pokazuje Through Shaded Woods, nie ma problemu, aby ten sam muzyk zaistniał zarówno w kosmosie (Under The Fragmented Sky), jak i w ciemnym, słowiańskim lesie.


 

Ów las to motyw przewodni płyty, tak pod kątem muzycznym, jak i wizualnym; metaforycznym i dosłownym. Woods leżą pod tym kątem blisko Wasteland, który także poruszał motywy ludyczne, folkowe, dawne, chociaż w innym kontekście. Tutaj, Mariusz Duda, skrywa się w gąszczu drzew, sięgając po tradycyjne brzmienia słowiańskie i celtyckie, cały czas w ujęciu popularnym. Mariusz nigdy nie ukrywał bogactwa swoich inspiracji, z premedytacją transmitując ich wpływy w muzyce. W tym lesie usłyszymy nie tylko echa Dead Can Dance (szczególnie z Aion), ale także Mike’a Oldfielda (ten bas z Tubular Bells, te gitary z Guitars, ta atmosfera Hergest Ridge). Do wyobraźni przemawiają nie tylko poszczególne instrumenty i ‘średniowieczne’ melodie tych kompozycji, ale ogólny polot tej płyty, jako spójnego, przemyślanego dzieła. Mariusz nie tyle usiłuje przenieść nas w inny czas, co przywołać jego echa dziś, gdy potrzebujemy eskapizmu wśród dźwięków w każdym wymiarze.

Album wypełnia sześć utworów, co świadczy o ich ambitności, złożoności, oraz rozmachu. Zmysł kompozycyjny jest tu nie do przecenienia; Mariusz świetnie czuje, kiedy należy wprowadzić nowe elementy, uruchomić dodatkowe dźwięki, przenieść siłę ciężkości i skupić słuchacza na czymś innym. Woods nie jest albumem przekombinowanym, rozbuchanym; wszystko, co słyszymy jest podane dyskretnie, w leśnej zadumie, gdzie ludzie jak w bibliotece instynktownie ściszają głos. Bogactwo tej płyty kryje się nie w dźwiękach i instrumentach, co w obrazach i nastroju, jakie przywołują. To las, siedlisko sił tajemnych, matecznik, idylla i okrucieństwo, pogański ołtarz, teatr poetów, noc Świętojańska, zaklęcia i tańce. To ucieczka, do której sięgają w trwodze zarówno przybysze, jak i stali bywalcy, ufający panującym tu mocom. To miejsce, gdzie w kręgu platanów znajdziemy przejście do innego świata; gdzie tych, co przychodzą w strachu czeka ciemność, a tych, co z miłością – światło.

W dedykacji tej płyty znajdziemy ujmujące słowa Mariusza o odnalezieniu światła w ciemności. Jest oczywiste, że autor nosił się z nią od dłuższego czasu i że nie jest ona czymś zupełnie spontanicznym, owocem tymczasowego uwięzienia. Sercem i doświadczeniem weń włożonym można obdarować kilka płyt, oraz ścigać się w opisie panującego tu nastroju i emocji. To miejsce dynamicznego spokoju, gdzie wiele dzieje się tylko w naszej wyobraźni, gdzie słychać śpiew duchów i echa innego czasu. Nie chcę rozrywać tej płyty na kawałki, ale słowo uznania należy się „Summoning Dance”, jak i „The Fountain” i tej partii pianina. Mariusz potrafi zagrać jak Brendan Perry czy Mike Oldfield, ale też jak Florian Fricke i Thom Yorke. Jego śpiew nie dominuje nad muzyką, o którym decydują przede wszystkim instrumenty i splatające je maszyny. Pomimo iż „Navvie” czy „The Passage” świetnie nadają się na single, to Woods jest historią spójną, zamkniętą, i tylko tak polecam ją przyjmować.

Na koniec słowo o bonusowym materiale. „Vyraj” i „Hylophobia” to świetne dodatki, elementy wersji reżyserskiej, motyw na napisy; ale monumentalnej kompozycji „Transition II” należy się osobny akapit. To niezwykły kolaż pomysłów i motywów zespolonych w ‘suitę’, wewnątrz której dzieją się cuda. To rzecz o śmierci i życiu, znowu, ciemności i świetle, pamięci i zapomnieniu, przejściu pomiędzy stanami świadomości i bytu. To materiał godny osobnego wydawnictwa, o podobnym charakterze, co Night Session i Day Session Riverside. To rzecz awangardowa, symfoniczna, oniryczna jak „Moonchild” King Crimson, efemeryczna jak Stratosfear Tangerine Dream i epicka jak ścieżka dźwiękowa do Akiry. To most łączący Through Shaded Woods z Under The Fragmented Sky – finał i początek stanowiący klamrę. To idealnie umieszczony kamień w układance Lunatic Soul – dobrze podsumowujący dotychczasowe wydarzenia, ale otwierający drzwi dla nowych, nieznanych chwil.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load