Recenzje

2020-12-21
The Avalanches - "We Will Always Love You"
Australijski duet The Avalanches wydał trzeci w swej dyskografii album, który jest jednym z mocnych kandydatów do miana "najlepszej płyty 2020 roku".
Wykonawca: The Avalanches
Wytwórnia: Universal Music Polska
Rok wydania: 2020

Nigdy nie byłem fanem Since I Left You, jako albumu. Tytułowy numer, owszem, pod każdym kątem był magiczny; ale reszta, przy całej ilości sampli w niej umieszczonej, nie przetrwała próby czasu. To był zmierzch nowej elektroniki, samplowanej, tripującej i eksperymentalnej, jaka rządziła w latach 90. The Avalanches zakończyli ten czas eksplozją. Since I Left You rozświetliło galaktykę, ale była to uderzenie Gwiazdy Śmierci – coś przeważyło szalę, coś się przesypało i zakończyło, czegoś było za dużo. A powstałą pustkę wypełniły przesterowane gitary post- i indie-rocka, po które sięgnięto dla równowagi w kosmosie. The Avalanches oddalili się w niebyt i wydawało się, że na jednym uderzeniu sprawa się zakończy. Gdy po kilkunastu latach powrócili z Wildflower, byliśmy już rezydentami innego świata. Album brzmiał świeżo i doskonale, a samo jego powstanie było zaskoczeniem. Tak jak jego pandemiczny następca: empatyczna, oniryczna, subtelna i popisowa We Will Always Love You.

Nie porównywałbym tych wcieleń The Avalanches; kolektyw, który przyniósł na początku tysiąclecia Since I Left You przeistoczył się w duet, który teraz tworzą Robbie Chater i Tony Di Blasi. Operują oni tą samą wrażliwością i pomysłem, ale z wyższym zrozumieniem sztuki kompozycji płyty, jako całości. Stali się też atrakcyjnym terytorium dla ‘mignięcia’ innych muzyków – od ilości nazwisk gości może zakręcić się w głowie. Ale nie o nazwiska tu chodzi; The Avalanches to nadal ‘anonimowy’ kolektyw, bez twarz i ego, jak przystało na elektroniczny projekt z lat 90, a nie gwiazdy rock’n’rolla. Symboliczne jest, że najwięcej ego płynie tu z jednego z setek sampli – chodzi o głos Briana Connolly ze Sweet zdobiący taneczny numer „Interstellar Love”. Wszystko, co tutaj słyszymy, jest nieprawdą, iluzją, projekcją rzeczywistości prosto z Matrixa. To piękny sen, o karuzelowej stylistyce, kalejdoskopowej akcji i niewiarygodnej lekkości, płynący wprost z magicznego pudełka prosto do naszych serc.


We Will Always Love You przypomina mi senne terytoria Boards of Canada, zakamarki metropolii od Burial, jak i kosmiczną dyskotekę Daft Punk. Jest płytą przemyślaną, gdzie ilość sampli, żywych głosów, tematów, stylistyk i nastrojów miksuje się w koktajlu szczęścia, nostalgii, radości i zadumy. Duże znaczenie ma konstrukcja albumu, gdzie numery są spojone krótszymi formami: rodzajem skitowych przerywników, służących za intro lub interludium. Dokładnie tak, jak u DJ’a Shadowa na Entroducing, lub Music Has The Right To Children Boards of Canada. Nie bez powodu przywołuję te dwa arcydzieła; tak jak i one, We Will Always Love You ma formę opowieści, audycji radiowej, rozpisanej na akty i sceny sztuki scenicznej. Kolejni ‘aktorzy’ to właściciele głosów, zarówno tych samplowanych, jak i dostarczonych bezpośrednio. Wszyscy razem, gitarzyści, poeci, wokaliści, raperzy i chórzyści, synchronizują się w bezszelestnym tańcu, tylko dla naszych oczu, uszu, serc i dusz.

Bez sensu jest wskazywać najciekawsze numery tego albumu, albowiem należy myśleć o nim wyłącznie jako o całości. Wyróżnia się „Take Care In Your Dreaming” czy “Reflecting Light”, ale ich siła odczuwa się w pełni dopiero w albumowym ciągu zdarzeń. Owszem, warto zwrócić uwagę na video-clipy, które u The Avalanches zawsze były dziełami sztuki. Osobiście jednak wolę ‘oglądać’ ten album oczami wyobraźni, a dopiero później słuchać interpretacji. Te głosy są jak duchy, jak senne wizje, które pojawiają się, aby przekazać coś ważnego (choć niezrozumiałego), a potem zniknąć. Razem z nimi zmienia się styl brzmienia: raz jest to pop, raz soul, raz hip hop, raz house, a raz tapeta. Ale to tylko elementy, połączone w perfekcyjną kombinację, obracaną w dłoniach jak kostka Rubika, wyświetlającą nam kojący, frapujący, bajkowy przekaz. O muzyce często mówi się w kategoriach ucieczki; We Will Always Love You to ucieczka i powrót – z czymś dobrym dla serca, na trudny czas.

Gdy płyta dobiega końca, a jest on tak łagodny jak i jej początek, odnoszę wrażenie ponownego uruchomienia czasu. Teraz, gdy zapalają się światła, a aktorzy wychodzą na ukłon, warto przyjrzeć się ich nazwiskom: Orono Noguchi (Superorganism), Blood Orange, Johnny Marr (ex-The Smiths), MGMT, Sananda Maitreya (czyli Terence Trent D’Arby), Perry Farrell (z żoną), Mick Jones (ex-The Clash), Jamie Smith (The XX), Neneh Cherry (z mężem), Tricky, Kurt Vile, Karen O (Yeah Yeah Yeahs), Rivers Cuomo (Weezer), Keigo Oyamada (czyli Cornelius), Wayne Coyne (The Flaming Lips), do tego Leon Bridges, Denzel Curry, Sampa The Great i Pink Siifu, oraz chórzyści. Na koniec, Vashti Bunyan, przeżywająca renesans twórczości, odkryta po latach niczym Sixto Rodriguez. Całej załodze należą się brawa; być może nieświadomie, wzięli udział w porażającym albumie, który wysyła nas w kosmos i ogrzewa dusze, gdy tego najbardziej potrzebujemy. Kandydat na płytę roku, idealnie na koniec roku.


End of content

No more pages to load