Recenzje

2020-12-30
Andy Bell - "The View From Halfway Down"
Wokalista brytyjskiej grupy Ride i były basista Oasis wydał debiutancki album studyjny.
Wykonawca: Andy Bell
Wytwórnia: Sonic Cathedral
Rok wydania: 2020

Przed wybuchem pandemii Ride mieli naprawdę dobry czas. W 2017 ukazał się ich wybitny album powrotowy Weather Diaries, a dwa lata później jego godny sequel This Is Not A Safe Place. W tym czasie widziałem zespół na żywo dwa razy, latem w Londynie i zimą w Birmingham, i było jasne, że są na fali wznoszącej. Znów grają razem, przyciągają uwagę starszych i młodszych fanów, a nowy materiał jest na tyle silny, aby mówić o Ride w czasie teraźniejszym, bez sentymentów do lat 90. W tym roku mieli w planach poważną trasę, którą oczywiście zabrała im sprzed nosa pandemia. Na szczęście, powietrze nie uszło z balonika, a muzycy Ride postanowili wykorzystać przymusowy postój do realizacji innych, muzycznych projektów. Owocem tego, między innymi, jest pierwsza solowa płyta Andy’ego Bella, wysokiego chudzielca odpowiedzialnego w zespole za drugą gitarę i drugi wokal.

The View From Halfway Down to typowy ‘solowy debiut’ muzyka, który do tej pory słynął z roli w zespole; lustrzane odbicie tego, czym uraczył nas na początku roku Ed O’Brien z Radiohead. Gwoli ścisłości, Andy wydał wcześniej (pod pseudonimem GLOK) album Dissident, wypełniony nowoczesną, ilustracyjną elektroniką, a chwilę później jeszcze bardziej limitowany, akustyczny singiel Plastic Bag. Obie te płyty zapowiadały, że coś jest na rzeczy; jednakże, żadna z nich nie oddaje tego, z czym mamy do czynienia na The View…. To album, do którego muzyk ‘przygotowywał się’ całe życie. To owoc jego fascynacji dźwiękowych, zasięgu rozpiętości stylistycznej, wyczuciu w manipulowaniu kompozycją oraz jednoznacznie brytyjskiej duszy w muzyce rockowej. The View… jest dzięki temu zbiorem o dziecięcej naturze twórczej: radosnym, przebojowym, wielobarwnym, ale fascynującym i świeżym.


Każda z tych kompozycji to inny temat, niekoniecznie powielający terytoria Ride. Najbliższy macierzystego zespołu Andy’ego jest „Love Comes In Waves”; aczkolwiek, bardziej niż ich firmowy shoegaze przypomina stary dobry brit-pop, jakiego nauczali na Wyspach The Stone Roses. Cała ta płyta przypomina mi „Waterfall” dumy Manchesteru, rozciągnięty do rozmiarów albumu, z całą swoją przebojowością, poetyckością, ‘kwasowymi’ momentami i dwuznacznością jawy i snu. Jest brit-popowo, tanecznie i rytmicznie, folkowo i frapująco, instrumentalnie i atmosferycznie; co numer to inna stylistyka, wrażliwość, i umiejętności, ale wszystko płynące z jednej duszy. A właściwie dwóch, gdyż Andy’emu towarzyszy jego stary znajomy Gem Archer (poznali się w Oasis). Grunt, że to roztrzepanie stylistyczne za każdym przesłuchaniem staje się coraz bardziej spójne i fascynujące.

„Love Comes In Waves” i „Cherry Cola” to przebojowe oblicze tej płyty, ale już „Skywalker” i „I Was Alone” to znacznie bardziej kombinowana, czerpana strona medalu. Najciekawszą kompozycją jest finałowy numer, instrumentalny „Heat Haze On Weyland Road”. Jest to psychodeliczno-ambientowy, lekko jazzujący chill-out po ekstatycznej, lecz wyczerpującej imprezie; to chwila, która zatrzymuje świat i czas w miejscu na 7 minut, rewitalizując organizm i sterujący nim umysł, nastrajając optymistycznie do życia mimo pandemicznego krajobrazu za oknem. The View… to udany krążek, chwila emancypacji Andy’ego, jako muzyka niezależnego od Ride i innych projektów. Chociaż jest to losowy zbiór zapisanych karteczek, które łączą się w sposób luźny i umowny, to każda z nich jest małym objawieniem jego niepohamowanego talentu i transmitującego go strumienia świadomości.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load