Recenzje

2021-01-08
Paul McCartney - "McCartney III"
Sir Paul McCartney w wieku 78 lat wydał jeden z najlepszych albumów solowych w swojej karierze. Płycie przyjrzał się bliżej Jakub Oślak.
Wykonawca: Paul McCartney
Wytwórnia: Universal Music Polska
Rok wydania: 2020

Kiedy Sir Paul McCartney wydaje nowy album, po prostu trzeba go posłuchać. Nie ma znaczenia, czy lubimy samego Maccę, czy fascynuje nas legenda Beatlesów, czy słuchamy muzyki ‘dinozaurów’, czy wolimy to, co leci w radiu. Sam fakt, że jedna z największych postaci muzyki, w wieku 78 lat, wydaje jeden z najciekawszych krążków w swoim dorobku, zasługuje na uwagę. Przecież mógłby nic już nie robić, tylko wspierać kariery dzieci, powiększać majątek reedycjami The Beatles, ewentualnie grywać akustycznie ze swojego ganka on-line. To też; ale Macca po prostu nie ma dosyć kreatywności i gry. Ktokolwiek widział Sir Paula na żywo ten wie, że potrafi on bez problemu urządzić 3-godzinne widowisko i oczarowywać publiczność z werwą i pasją godną młodszych od siebie muzyków. To samo nowa twórczość; Sir Paul ma wciąż dobrą passę – po New i Egypt Station, dostajemy McCartney III, która, chociaż całkiem przypadkowa – obmyślona i nagrana w lockdownie – zaskakuje i zachwyca.

McCatney III to ‘kontynuacja’ serii płyt zatytułowanych nazwiskiem Sir Paula, na których muzyk nie tylko odpowiada za wszystkie słowa i kompozycje, ale też wszystkie instrumenty, jakie słyszymy. Oczywiście, sympatycy solowego McCartney’a wiedzą dobrze, że takich płyt jest w jego dorobku znacznie więcej i że Sir Paul po prostu lubi samodzielną, wręcz samotniczą pracę w studiu. To, co słyszymy na McCartney III nigdy nie miało być albumem, o czym świadczy wyraźny rozstrzał tematyczno-nastrojowy tych kompozycji. Sir Paul zwyczajnie ‘szkicował’ dźwięki w swoim studiu, bardziej zabijając pandemiczny czas, niż tworząc ‘poważny’ materiał; aczkolwiek, od słowa do słowa, od dźwięku do dźwięku, zaczęły mu w sposób szybki wychodzić zaskakująco ciekawe numery. Wystarczy rzucić uchem na „Long Tailed Winter Bird”, który brzmi jak improwizacja, przygrywka, jak surowe demo; a mimo to, albo właśnie dlatego, jest to tak świeży, wciągający i intrygujący numer.


I taka właśnie jest cała ta płyta; to piosenki, nad którymi autor zbyt długo się nie rozwlekał, tylko po prostu je nagrał, gdyż miał na to zarówno dużo wolnego czasu, jak i woli i ochoty. Sir Paul pokazuje, że potrafi zaskoczyć nie tylko przygodnych słuchaczy, ale i wiernych fanów-ekspertów. To krążek mieszający style, nastroje, rytmy, oktawy, instrumenty i tematy liryczne w taki sposób wręcz składankowy. Macca brzmi tu jak zespół, jak człowiek-orkiestra, który imituje konstrukcją tej płyty efekt ‘garażowego’ nagrania – niedokończonego, surowego, bardziej dla siebie, niż kogokolwiek poza tym garażem. Te numery zapamiętuje się natychmiast – „Find My Way”, „Pretty Boys”, „Lavatory Lil”, „Deep Deep Feeling”, „Seize The Day”, oraz ta cała wielobarwna reszta daje fascynujący rezultat: jakby Sir Paul grał tylko dla nas, przesyłając nam globalną siecią próbki swoich możliwości, dla naszej wiadomości i oceny. Jest to muzyka skromna i bardzo ludzka, prosto na ucho, osobiście i szczerze.

McCartney III to także dobry materiał do wiadomości tych, którzy wątpią lub otwarcie negują umiejętności Sir Paula. Te piosenki są równie wesołe, co ponure i melancholijne, płynące prosto z serca muzyka, który widział w życiu wszystko, a mimo to wciąż jest niespokojny i nie osiada na laurach. Tym bardziej, że ma w sobie niespożytą energię, a świat, jakby po złości, ukradł mu jeden jakże cenny rok. W tych numerach da się usłyszeć takiego Paula, jakiego niekoniecznie znamy wszem i wobec, brzmiącego wyciszenie, frapująco, bluesowo, podobnie jak Neil Young czy Mark Lanegan. Jego naturalna wesołość, taka jak chociażby z poprzedniej Egypt Station, jest tu oczywiście obecna; ale, nie stanowi głównego motywu, jak gdyby nigdy nic. McCartney III to owoc czasu, wywołany potrzebą chwili, przy okazji, od niechcenia; ale zaskakująco często takie właśnie płyty, a nie te rzeźbione latami w męczarniach, brzmią najlepiej. Wielkie i zasłużone brawa dla ikony muzyki.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load