Recenzje

2021-01-08
The Bullseyes - "The Best Of The Bullseyes"
Pochodzący z Leszna duet The Bullseyes to jedno z najciekawszych odkryć na polskiej scenie rockowej w minionym roku. O ich debiutanckiej płycie możemy przeczytać w recenzji Marcina Knapika.
Wykonawca: The Bullseyes
Wytwórnia: LOG7 Publishing
Rok wydania: 2020

Z Nowym Rokiem nowym rockiem, choć ta płyta akurat z rocznika 2020. Z odważnym zabiegiem w tytule. „Nazwaliśmy nasz debiutancki album The Best Of The Bullseyes, bo po co czekać 30+ lat na prawdziwy album The Best Of… tylko po to, by i tak w większości posłuchać utworów z pierwszego albumu” - zdanie z tekstu promocyjnego. Kim trzeba być, by tak nazwać swoją pierwszą długogrającą płytę? Zarozumialcem? Odważnym? Pewnym siebie? U duetu z Leszna zauważyć można te dwie ostatnie cechy, wykreślamy pierwszą z wymienionych.

Zestaw ten jest zwieńczeniem kilkuletniego etapu. Panowie nazywają to końcem „sezonu”. Dariusz Łukasik i Mateusz Jarząbek – duet wykorzystujący najprostszy znany zestaw do robienia rockowego hałasu: gitara i perkusja. Podczas słuchania zaskakują dwie rzeczy. Pierwsza: że za ten hałas odpowiadają tylko dwie osoby. Druga: że to duet z Polski. To odczucie wzmogły angielskie teksty utworów, ale nawet bez nich muzyka brzmi naprawdę porządnie i nie ma co się wstydzić. Śmiało można wystawiać, umieszczać takie granie w zestawieniu z zagranicznymi grzałkami.


Słychać, że The Bullseyes czerpie inspiracje do swoich pokładów energii z rockowych zespołów początku tego wieku, które narobiły trochę zamieszania. Brzmienie Jacka White’a, The White Stripes, nawet kolory podobne: biel, czerń i czerwień. „World Doesn’t Care” skojarzył mi się też z Royal Blood. Zaś piosenek „Yet There’s You” czy „It Might Not Be For Me” nie powstydziłby się The Black Keys. Podobnie jak w tej formacji, nie brakuje odniesień do blues rocka. Ale przede wszystkim jest moc i nieskrępowana energia.

Sporo wpadających w ucho gitarowych piosenek: „Love’s Blow”, „Nothing Disturbs Me”, ale też kołysząco-energiczny „Butterfly”. „Moment’s Arrival” idzie trochę dalej, bo wpuszczono tam więcej nowoczesnego powietrza. Najbardziej moją uwagę zwrócił „Can’t Believer” – zaczepny, z przesterami, których też nie brakuje na całym materiale. Ten utwór wnosi ponadto element, o który można by było się pokusić w przekrojowej kompilacji, bo pojawia się w dwóch wersjach. W roli bonusu wersja akustyczna – też interesująca.

Biorąc pod uwagę poziom płyty, zdanie, że na przekrojowej kompilacji znalazłyby się głównie utwory z pierwszego albumu może nie być takie bezpodstawne. Choć życzę, by następne albumy przyniosły do takiego ewentualnego zestawu wielu kandydatów. A na razie - dużo mocnych, rockowych strzałów w dziesiątkę. Można tylko przyklasnąć i napisać: Oby tak dalej i niech się to rozwija.

Autor: Marcin Knapik


End of content

No more pages to load