Recenzje

2021-01-21
Front Line Assembly - "Mechanical Soul"
Kanadyjscy klasycy electro-industrialu Front Line Assembly powrócili z następcą wydanego dwa lata temu albumu "Wake Up the Coma".
Wykonawca: Front Line Assembly
Wytwórnia: Metropolis Records
Rok wydania: 2021

Maszynowy styl muzyki Billa Leeba i Rhysa Fulbera, pod wieloma szyldami, ma przełożenie na maszynowy, a wręcz taśmowy, cykl wydawniczy ich albumów. Samo Front Line Assembly, flagowy okręt w potężnym portfolio projektów tej pary, od początku przyzwyczaiło nas, że co rok – to prorok. Często mówi się, że ilość i jakość nie idą w parze; aczkolwiek, FLA działając nieprzerwanie od lat 80, posiadło niesłychaną zdolność trzymania poziomu, do którego fani tej formacji są przyzwyczajeni. Oczywiście, nowsze wydawnictwa Leeba i Fulbera nie zdążyły obrosnąć taką sławą i ‘klasycznością’ gatunkową, co Tactical Neural Implant czy Caustic Grip; ale, licząc od Implode, mówimy tu o imponującej pracowitości, płodności, inspiracji i konsekwencji twórczej. FLA działa na scenie EBM/electro na tyle długo, że możemy śmiało podzielić ich historię na okresy. Ten obecny trwa już ponad 20 lat, od kiedy Leeb i Fulber wstąpili w szeregi wydawnicze amerykańskiego Metropolis.

Mechanical Soul, obowiązkowo z okładką zaprojektowaną przez Dave’a McKean’a, to dalszy ciąg ‘sagi’ albumowej, jaką Front Line Assembly obdarza nas pod szyldem Metropolis. Owa taśmowość, mimo iż nie obniża jakości, to nadal potrafi ‘zdekoncentrować’ fanów; ci nie zdążyli się jeszcze dobrze zapoznać z poprzednim Wake Up The Coma, a tu już ‘muszą’ mierzyć się z kolejnym. Niesamowite jest to, że w tym samym okresie czasu, gdy FLA wydało 12 albumów studyjnych, ich dobrzy znajomi z Front 242 – równie fundamentalni dla muzyki EBM/electro – nagrali jeden. Czyli, kto z nich ma rację? To pewnie temat na osobną dyskusję, ale jedno jest pewne: zupełnie inaczej patrzylibyśmy na Mechanical Soul, gdyby był pierwszą płytą FLA od 20 lat, a nie ‘kolejną’, bez żadnego trybu. Czy lepsze są te seriale, które trwają kilka odcinków, czy kilka sezonów? Którym poświęcamy więcej uwagi? Którym ich twórcy poświęcają więcej serca? Czy ‘kolejna’ płyta FLA to znowu to samo, co zawsze?


Oczywiście, że tak; Mechanical Soul to klasyczne EBM, czyli postindustrialne, biomechaniczne, cyberpunkowe disco w niedocieplonym klubie w pobliżu Ostbahnhof w Berlinie. To jedna z prawdziwych niszy w muzyce rozrywkowej, która nigdy wyszła na dłużej na światło dnia; a mimo to, posiada rzesze oddanych fanów, funkcjonujących poza dopływami i basenami głównego nurtu. To właśnie dla nich przeznaczony jest Mechanical Soul – to nie tylko podtrzymywanie ognia, ale wykorzystanie dobrego momentu, jaki przeżywa EBM. Takie nazwy jak Front 242, Nitzer Ebb czy Deutsch Amerikanische Freundschaft, esencja gatunku, znów funkcjonują w dyskursie publicznym; a ich zaraźliwie taneczne, lekko kontrowersyjne, smagające basem niczym batem brzmienie znów bawi wygłodniałych wielbicieli (i coraz bardziej zaciekawionych, przygodnych słuchaczy). A FLA po prostu robi swoje, pielęgnując swoją ‘pozycję rynkową’, renomę i ‘kult’, ale też szukając nowych rozwiązań.

Mechanical Soul stoi pomiędzy przeszłością, a przyszłością. Z jednej strony usiłuje przywołać ducha klasycznych albumów FLA, a z drugiej kombinować i pchać tą dosyć konserwatywną niszę naprzód. Takie numery jak „Glass and Leather”, „Unknown” czy „Komm, Stirbt Mit Mir” to killery, stworzone z myślą o parkiecie i kontrolowanej przez dj’a adrenalinie. Bas, automat, wokoder, ozdoby – cała filozofia. Ale reszta płyty zmierza już w różne strony, zarówno niepokojące industrialne sny („Stifle” z gitarą Dino Cazaresa z Fear Factory), jak i pionierskie, kasetowe koszmary („Rubber Tube Gag”, „Time Lapse”). FLA nigdy nie stronili od stylowych wycieczek i ucieczek, ale ich fani przede wszystkim cenią ich za ‘bycie sobą’ – starym, dobrym FLA, rykoszetem po Skinny Puppy, który zaczął żyć własnym życiem. Mechanical Soul nie jest głucha na te potrzeby, ale usiłuje nie kisić się ciągle w tym samym sosie. Czy jest to niemożliwa sztuka schwytania dwóch srok za ogon? Posłuchajmy i rozsądźmy sami.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load