Recenzje

2021-02-08
Foo Fighters - "Medicine At Midnight"
Grupa Foo Fighters wydała nową płytę studyjną, która ma być ich wersją albumu "Let's Dance" Davida Bowiego. Szerzej na ten temat możecie przeczytać w naszej recenzji autorstwa Marcina Knapika.
Wykonawca: Foo Fighters
Wytwórnia: Sony Music Polska
Rok wydania: 2021

Mógł się ukazać w zeszłym roku, przeszkodziła w tym pandemia. Koronawirus dalej jest wśród nas, ale nowy album Foo Fighters już jest w sklepach. Zaczynamy odhaczać punkty na liście tych bardziej oczekiwanych płyt w tym roku. W pewnym zestawieniu już wygrał. Jest to najkrótszy studyjny longplay kapeli. 36 i pół minuty, dziewięć kompozycji, czyli średnia: cztery minuty na utwór.

Dave Grohl zapowiadał, że ten album Foo Fighters to ich wersja „Let’s Dance” Davida Bowiego. I coś w tym jest. Na „Concrete And Gold” było trochę nowych rozwiązań, jednakże „Medicine At Midnight” można nazwać wietrzeniem magazynu. Może nie wielkim, ale zauważalnym. Mniej ciężaru, więcej luzu – całościowo oczywiście, bo na płycie znajdują się też typowe dla nich czady. Wpływają na to detale jak żeńskie wokalizy i chórki. „Na, na, na, na” – szybko wpada w ucho chórek z „Making A Fire”, bardzo radosnego i przebojowego otwarcia. Zawadiackie brzmieniowo, funkujące zwrotki zderzone z typowo rockowymi refrenami oferuje „Cloudspotter” – słabszy moment płyty.

Detale detalami, ale są i całe piosenki z eksperymentowaniem nowymi rozwiązaniami. Do „Shame Shame” musiałem się przekonywać, kilkanaście razy go przesłuchać, ale podoba mi się coraz bardziej. Nieco tajemniczy, funkujący, trochę Lenny’ego Kravitza, trochę Muse oraz rytmiczne zabawy. „Chasing Birds” to spokojna, wyciszająca, beatlesowska kompozycja. Tytułowy utwór „Medicine At Midnight” pasuje zaś do końcówki karnawału. Poprockowo, luźno, soulowe korzenie. Ponadto funkowy groove – element kilku piosenek (choć nie absolutna nowość w twórczości, patrz: „Make It Right” na poprzedniej płycie). Słowa Grohla o „Let’s Dance” znajdują tu potwierdzenie. Mocny powiew świeżości, a przy tym jeden z mocnych punktów albumu.


Ale gdybym miał wskazać najlepszy moim zdaniem utwór na nim, to będzie to ten z tych typowych dla Foo Fighters. „Waiting On A War”, do którego napisania inspiracją były obawy i strach córki Grohla, Harper, przed wojną. Te same uczucia, które towarzyszyły Dave’owi, gdy był mały. Kompozycja rockowo-hymnowa, trochę akustycznego grania, początkowo refleksyjnie, narastająca do końcowego rozpędzenia się i wybuchu mocy. Numer cztery na albumie. Z typowych Foo mamy również dynamiczny, porządny rocker „No Son of Mine” z echami Motörhead. Ponadto przebojowy, energiczny „Love Dies Young”, który jeśli wrócą koncerty, powinien się dobrze na nich sprawdzić. Z ładnym motywem gitarowym przewijającym się przez utwór. Co jeszcze? Takie sobie „Holding Poison” przywołujące muzycznie refren utworu Foo sprzed kilku lat „Saint Cecilia”.

„Medicine At Midnight” to dobra płyta. Słychać chęć odświeżenia, wpuszczenia powietrza, sięgnięcia po funkowe rytmy, ale przy tym sporo tu klasycznego brzmienia Foo Fighters, przebojowości i potencjału na parę utworów do pośpiewania na koncertach. Ale nie będę też pisać, że zespół jest w szczytowej formie, bo np. „Concrete And Gold” podoba mi się bardziej (przynajmniej póki co). Choć przy obecnym stanie sceny rockowej nie powinno być zaskoczeniem, jeśli w grudniu będziemy umieszczać ten album w – powiedzmy – pierwszej dziesiątce rankingów rockowych płyt 2021 roku.

Autor: Marcin Knapik


End of content

No more pages to load