Recenzje

2021-02-26
Nick Cave & Warren Ellis - "Carnage"
Niczym dwa gromy z jasnego nieba, Nick Cave i Warren Ellis zawiesili pandemiczny świat, publikując w sieci bez ogródek i bez ceregieli zapowiadany na ten rok nowy album "Carnage".
Wykonawca: Nick Cave & Warren Ellis
Wytwórnia: Mute / Mystic Production
Rok wydania: 2021

Cave niedawno oznajmił przez swoje oficjalne ‘listy do redakcji’, że pracuje nad czymś zupełnie nowym. Ta informacja zbiegła się w czasie z całkowitym odwołaniem trasy Ghosteen, oczywiście przez pandemię. Cave nie znosi pustych przebiegów, dlatego też zapowiedź nowego albumu nikogo tak naprawdę nie zdziwiła; aczkolwiek, ten chwyt z upublicznieniem albumu w sieci, i to na kilka miesięcy przed premierą fizycznej płyty, wciąż działa. Jest efekt chwili, jest przyspieszony oddech i pełna uwaga na mistrza ceremonii, który jak wiemy nie od dziś, żyje dla tej uwagi i potrafi ją wykorzystać w elegancki, nienachalny sposób. Zatem, Cave wygrywa już na starcie samym tym nieoczekiwanym posunięciem; ale jaki w zasadzie jest Carnage i co z niego zostanie w sercach po opadnięciu dysruptywnego kurzu?

Przede wszystkim, to nie jest album The Bad Seeds. Od pierwszych chwil z płytą słychać wyraźnie, że to trochę inna bajka, częściej i raźniej korzystająca z dobrodziejstw elektroniki, efektów i scenografii. Słowem, które nasuwa się jest ‘filmowość’, jako że Cave i Ellis, zupełnie równolegle do The Bad Seeds, od kilkunastu już lat dostarczają z sukcesem ścieżki dźwiękowe. Owa filmowość, w przypadku Carnage, nie polega wyłącznie na nastroju i dramatyzmie aranżacji; to dosyć specyficzne i niezbyt częste wycofanie śpiewu Cave’a o pół kroku w głąb planu, dające większe pole manewru dźwiękom. A te, dobitnie i bez dwuznaczności, ukazują coraz większą rolę, jaką w świecie Cave’a odgrywa Warren Ellis. Z ‘szeregowego’ muzyka The Bad Seeds, po odejściu Blixy Bargelda i Micka Harvey, szybko awansował do roli ‘dyrektora’, który zaczyna podejmować kluczowe dla kierunku muzyki decyzje. Jego nazwisko jest w tej układance tak samo istotne, co Cave’a, a własny styl coraz wyraźniejszy.


Ostatnie dwa albumy The Bad Seeds, lamentujące The Skeleton Tree i elegijne Ghosteen, są dziełami z tej samej beczki. Cave wojuje z demonami i ciemnością, stawia czoła sprawom ostatecznym, znacznie przerastającym jego, mogłoby się wydawać, wielkie ego. Carnage jest bliskie tym terytoriom; aczkolwiek, spora jego część powstała pod wpływem innych, przygnębiających okoliczności. To piękny koszmar na jawie; chociażby „Albuquerque” to rzecz o pandemii i związanych z nią smutkach, a „White Elephant” to niedwuznaczny wybuch gniewu prosto w twarz. Sporo tu kontemplacji i introspekcji, abstrakcji i szaleństwa – „Shattered Ground” i „Balcony Man”; ale, wciąż dużo śmierci i eschatologii – „Hand of God”, „Lavender Fields”. Bardziej niż Leonarda Cohena, Cave przypomina Davida Tibeta, którego muzyka przepełniona jest religijną symboliką, wizjami apokalipsy, metafizyką i oniryzmem. Odnoszę wrażenie, że powrotu nad rzekę, gdzie rosną dzikie róże, już nie ma.

Carnage jest albumem ad-hoc, bez żadnego trybu, powstałym w reakcji na okoliczności, być może korespondencyjnie. To produkt pandemiczny, który miał wyglądać inaczej, a może w ogóle miało go nie być. Nie wpasowywałbym go na siłę w ‘ellisowski’ cykl The Bad Seeds, chociaż odseparowanie tych dwóch torów w przypadku Carnage jest niemożliwe. Cave staje się instrumentem w rękach Ellisa – nie jest już jedyną i wyłączną dominantą swojej muzyki; być może po latach kreowania swojej rzeczywistości, nadszedł czas, aby wpuścić kogoś w zaklęty krąg samego siebie? Warren przyszedł mu już tyle razy z pomocą, podtrzymując kreatywnego ducha i inspirując w kluczowych momentach ostatnich lat. To partnerstwo jest coraz bardziej wyraziste, chociaż wcale nie jednogłośnie podziwiane przez wieloletnich wielbicieli The Bad Seeds. Ważne, że jest; jak na rzecz nagraną i wydaną na szybko, jest to niezwykle urokliwa, zagadkowa, wciągająca i nieszablonowa płyta.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load