Recenzje

2020-07-06
Depeche Mode - "LiVE SPiRiTS"
"LiVE SPiRiTS" to zapis koncertu Depeche Mode, który odbył się w lipcu 2018 roku w berlińskim Waldbuhne na zakończenie trasy "Global Spirit".
Wykonawca: Depeche Mode
Wytwórnia: Sony Music Polska
Rok wydania: 2020

Wszyscy tęsknimy za koncertami. Artyści, dziennikarze, organizatorzy, ekipy techniczne, no i widownia. Odcięcie od przeżyć koncertowych jest dla wielu ograniczeniem dopływu tlenu, motywacji do działania i codziennego napędu. Rozumieją to szczególnie ci, którzy układają swój rozkład zajęć pod trasy i festiwale. Są tacy, dla których trasa ukochanego zespołu jest najważniejszym wydarzeniem w roku – na to odkłada się kasę, kisi dni urlopowe, kupuje śpiwory i karimaty, zdobywa często nieosiągalne bilety. Społeczność fanów Depeche Mode jest tego doskonałym przykładem; obok Metalliki, U2, Springsteena i Pearl Jam, to najlepiej zorganizowana i oddana grupa fanów na świecie. Oczywiście, dużo więcej zespołów może pochwalić się fanatyczną widownią, gotową rzucić wszystko i jechać; ale, depeszowi devotees to subkultura, o długoletniej tradycji i światowym zasięgu, swego czasu wyszydzani, a dziś uwiecznieni przez Antona Corbijna w filmie Spirits In The Forest.

Film jest splotem opowieści szóstki fanów, reprezentujących odrębne drogi życiowe, które spotkały się w jednym miejscu – w wierze i oddaniu wartościom stojącymi za znakiem DM. Mongolia, Kolumbia, Rumunia, Kalifornia, Francja i Brazylia, a wszyscy zebrani w tytułowym lesie - berlińskim Waldbuhne, malowniczym amfiteatrze położonym w jednym z parków w sercu Niemiec. To tam zakończyła się dwa lata temu ostatnia trasa DM – Global Spirit Tour. Film, oraz towarzyszący mu zapis koncertu, dokumentuje drugą z dwóch nocy, finał finałów. O ile film skupia się na opowieściach fanów, gdzie DM są tłem/spoiwem, o tyle Live Spirits to już stricte koncert, bez żadnych edycji. Z oficjalnymi wydawnictwami koncertowymi bywa różnie; często są kastrowane, dogrywane, dobierane z różnych koncertów, ale od jakiegoś czasu (tutaj niewątpliwie historyczna rola Grateful Dead, a później Pearl Jam) są pełnym zapisem danej nocy, w całej jej niedoskonałości i doskonałości.

Znam Waldbuhne, byłem tam już parokrotnie. Atmosfera tego miejsca jest bardzo rodzinna, wręcz piknikowa, osobista i intymna. Jak zwykle, na ekranie, to miejsce wydaje się ogromne; ale, w rzeczywistości, tak nie jest. Dave Gahan stając na swoim wybiegu jest bardzo blisko fanów, zarówno tych przed sobą, jak i tych wysoko w amfiteatrze. Nietrudno jest mi to „zobaczyć”, słuchając Live Spirits, bez potrzeby sięgania do filmu. Gdy nie znam sali, a słucham płyty koncertowej, zwykle widzę ją niezwykle ogromną, przestrzenną, wypełnioną ludźmi po brzegi, vide Rose Bowl w Pasadenie (finał trasy Music For The Masses, znaczący element kultu DM). Live Spirits pozwala okiem wyobraźni tam być, wśród fanów, których śpiew i aktywny udział w wydarzeniach jest nie do przecenienia. Dave i Martin Gore nie śpiewają tu do bezimiennych mas, lecz wspaniałych dusz i indywidualności, które po raz kolejny zebrały się w jednym miejscu, aby wyciągnąć ręce i zaznać tego magicznego rytuału.


Repertuar tego koncertu jest jakby pisany pode mnie. Dużo z tych numerów mogę nazwać swoimi ulubionymi – „Precious”, „Everything Counts”, a szczególnie „Insight”, zaśpiewany przez Martina, wspomaganego przez Petera Gordeno. Smaczków jest więcej, takich jak cierpkie, przejmujące „The Things You Said”, chłodne „I Want You Now”, czy brawurowe „Heroes” z repertuaru Davida Bowie. Spore wrażenie robią też nowsze numery, szczególnie „Cover Me”. No i żelazna klasyka, bez której żaden koncert DM nie może się obejść – „Never Let Me Down Again”, „Personal Jesus” i „Enjoy The Silence”. Ta ostatnia piosenka, której sukces wyniósł DM gdzieś ponad stratosferę, do dziś powoduje dreszcze emocji, gdziekolwiek ją usłyszę; szczególnie, gdy na żywo ma to swoje obowiązkowe intro, po którym wszyscy już wiedzą, co za chwilę nastąpi. Wiadomo, że najwięksi fani mogą mieć jej dosyć; ale umówmy się, fanem zostaje się nie dzięki rarytasom (to przychodzi później), lecz przebojom.

Miło jest dzięki Live Spirits wpaść do Waldbuhne i zaśpiewać razem z widownią „Walking in My Shoes” i „Just Can’t Get Enough”. Fani DM świadomie podchodzą do swojego zadania, stając się częścią widowiska, doskonale wiedząc, w którym momencie i co mają robić. Nie obyło się bez skoordynowanej akcji – kartek z napisem CU NEXT TIME. Szkoda, że zespół nie zdecydował się podchwycić przekazu i wykonać „See You” na bis. Uwielbiam DM, ale brakuje mi w nich większej dozy spontaniczności, reagowania na temperaturę wieczoru. Przykładem na to jest „Useless” wykonane tuż po „A Pain That I'm Used To”, kiedy publiczność jest rozgrzana, a tu nagle takie orzeźwienie, dołującym tematem z Ultry. Uwielbiam „Useless”, ale jego miejsce jest po prostu w innym momencie tego koncertu. Ale ten fakt, nawet nie zarzut, nie zmienia faktu, że jest to bardzo dobra robota koncertowa, która tylko podkręca to ciche oczekiwanie na powrót do czynnego koncertowego życia.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load