Recenzje

2016-04-22
Hellectricity - "Odious Vile Nasty And Wicked"
Nowy skład, nowa płyta. Nawet nowe logo sprawił sobie warszawski zespół Hellectricity, który po 4 latach przerwy powrócił z drugim pełnowymiarowym wydawnictwem.
Wykonawca: Hellectricity
Wytwórnia: Hellectricity
Rok wydania: 2016

Po wydaniu poprzedniej płyty „Salem Blood” wydawało się, że działalność stołecznego bandu nabierze rozpędu. Support przed Kingiem Diamondem, kilka innych sztuk... Gdzieś po drodze coś się to jednak zatrzymało. Krótko po wydaniu tamtego krążka grupę opuścił Przemysław Łucyan, który na albumie zagrał na basie i gitarze. Zastąpił go Błażej Grygiel, który obsługuje już tylko czterostrunowe wiosło. Oczekiwanie na nową muzykę przedłużało się. aż wreszcie w ubiegłym roku panowie udali się do Perlazza Studio, by pod okiem Przemysława „Perły” Wejmanna, zarejestrować nowy materiał. Efekt w postaci drugiego długograja zatytułowanego „Odious Vile Nasty And Wicked” pojawił się kilka tygodni temu. W przeciwieństwie do poprzednika, wydany został zespołowym sumptem. Płytę rozpoczyna westernowo-secesyjne wprowadzenie „No Man’s Land”, które płynnie przechodzi w mocno hardrockowy „Last Dance With Mary Jane”, oparty na tym samym riffie, co wspomniane intro. Głos Rafała „Rufusa” Treli ciekawie tu wybrzmiewa, balansując między szorstką, charakterystyczną manierą, z której znany jest wokalista, a swoistą czystą melodyjnością. Płytę rozpędza natomiast kolejny, motoryczny „Songs Of The Sirens”, do którego głowa sama się buja. Co ciekawe – gitara gra w nim także „bujniejsze” partie, tu i ówdzie uzupełniając numer pojedynczymi solówkami. Ten „trend” utrzymuje się zresztą na całej płycie. Zaś następny „The Squadron” przypomina nieco dokonania kolegów z Leash Eye. To wrażenie wywołuje przede wszystkim partia Hammonda, zagrana przez Pawła Penksę, który na „Odious Vile Nasty And Wicked” pojawia się gościnnie w kilku utworach. W tym jednak wyciął także kapitalną partię solową na syntezatorze. Świetnie wypada również rytmiczny i pulsujący „Ready To Go”. Niepostrzeżenie wkręca ciekawą harmonią, kolejnym Hammondem w tle i jeszcze jedną udaną solówką gitarzysty Kuby Tomaszewskiego. „On The Verge Of Dusk” zaskakuje jeszcze bardziej. Brzmi bowiem jak skrzyżowanie dawnych nagrań Ozzy’ego Osbourne’a (gitary), Faith No More (wartswa rytmiczna), a nawet Dream Theater (wstawka fortepianowa). I tylko głos Rufusa w dużej mierze zdradza, że mamy do czynienia z Hellectricity. Całość ponownie rozpędza „wojskowy” „Path Of Brotherhood” z kolejną interesującą, acz krótką solówką Kuby. Następujący po nim „Undertow”, czerpie natomiast nie tylko z klasyki hard rocka, ale także z tradycji bluesowej. Z kolei szybki, punkowy „Mockery”, pomimo uproszonego brzmienia, wprowadza dodatkową energię. Zaś cytat Rufusa z „(I Can’t Get No) Satisfation” The Rolling Stones, naprowadza na... cover tego utworu w wykonaniu Acid Drinkers. Napędzany pulsującą partią basu Błażeja Grygiela. „Indefinite” zaskakuje dość posępnym nastrojem. Na tym tle „Up The River” brzmi trochę jak wypełniacz. I choć panowie znowu mieszają tutaj w harmoniach, to jednak nie robi to wielkiego wrażenia. Nie poprawia go także „Abhorrence”, który wydaje się nieco przekombinowany zwłaszcza w warstwie wokalnej, gdzie Rufus na zmianę brzmi „złowieszczo”, krzykliwie, szorstko i... spokojnie. Wieńczący płytę „Lullaby For Two Sons” przywraca na szczęście formułę szybkiego, energetycznego grania, które dominuje na większości krążka.

Słychać, że „Odious Vile Nasty And Wicked” nie zostało nagrane przez nowicjuszy. Zespół czerpie z różnych źródeł i niemalże w każdym numerze proponuje ciekawe rozwiązania aranżacyjne, a tym samym przebija „Salem Blood” pomysłowością i wykonaniem.

Autor: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load