Recenzje

2016-06-21
Bob Dylan - "Fallen Angels"
Na studyjne dzieło Boba Dylana "Fallen Angels" składa się 12 słynnych amerykańskich utworów napisanych przez najważniejszych i najbardziej wpływowych amerykańskich twórców. Oto nasza recenzja albumu.
Wykonawca: Bob Dylan
Wytwórnia: Sony Music
Rok wydania: 2016

Recenzowanie płyty takiej ikony jak Bob Dylan to nie lada wyzwanie. Niełatwo jest podejść do tematu, gdy szacunek dla historii muzyki nie pozwala powstać z klęczek. Z drugiej strony, nie oszukujmy się, nie każda z jego 37 płyt studyjnych (plus całej reszty) zmieniła bieg rzeki Mississippi. On sam, jak mogę przypuszczać, ma podobne rozważania w głębokim poważaniu i po prostu nagrywa to na co ma ochotę – akurat jemu po prostu wolno. Nam, słuchaczom, wolno to lubić lub nie. Jedno pozostaje niezmienne – ten człowiek bardziej wpłynął na kształt muzyki rozrywkowej jaką znamy i kochamy niż mogłoby się nam wydawać; a ilość muzyków pozostających jego artystycznymi dłużnikami, świadomie lub nie, będzie rosła jeszcze długo po jego odejściu.

Te dość oczywiste informacje mają znaczenie, gdy sięgniemy po najnowsze dzieło Dylana pt „Fallen Angels”. To kontynuacja wydanego w ubiegłym roku „Shadows in the Night”, którego formułą było sięgnięcie do klasycznej amerykańskiej muzyki rozrywkowej z lat 20-50. XX wieku. Tak oto człowiek, którego piosenki coverowała na przestrzeni dekad niezliczona rzesza muzyków, sam zabrał się za coverowanie. Motywacją do takiego kroku była chęć ponownego odkrycia tych pogrzebanych przez czas szlagierów i przesadzenie ich do świadomości słuchaczy z innego czasu. Wg samego Dylana oba albumy miały na celu wierne oddanie aranżacji i klimatu tych klasyków. Powodzenie tego planu niech oceniają najstarsi eksperci; ja proponuję przyjąć ten krążek takim jaki jest.

Od razu powiem, bardziej przypadły mi do gustu „Shadows in the Night”. Były to melancholijne, przepełnione smutkiem życia i miłości ballady do przyjmowania wyłącznie samotnymi wieczorami. Tymczasem „Fallen Angels” ma w sobie coś z salonów po których hasał Frank Sinatra; co ciekawe, błękitnooki Frank swego czasu wykonał absolutnie każdy z utwórów zamieszczonych na tych płytach. Nastrój jest jakby weselszy, perkusyjne miotełki nadają muzyce przyjemny kameralny aromat, a wśród publiczności z całą pewnością siedzą gangsterzy w kapeluszach i czarno-białych lakierkach. To taka muzyka, która momentalnie przenosi do czasów upamiętnionych przez filmy noir i Humphreya Bogarta z papierosem przy barze. Pytanie tylko, czy Bob Dylan do niego pasuje?

Dla kogo jest właściwie ta płyta? Ktoś kto nie zna Dylana i tak po nią nie sięgnie i nieświadomy faktu jej istnienia dalej będzie trwał w błogostanie ignorancji. Z kolei eksperci od jego twórczości i tak ją nabędą jako kolejną cegiełkę na ołtarzu wystawionym świętemu za życia. A wszyscy pozostali pomiędzy, czyli my? Myślę, że paradoksalnie spodoba się ona fanom Marka Lanegana, którzy podobnie jak ja zakochali się kilka lat temu w „Imitations”. Spodoba się wielbicielom późnego Johnny’ego Casha, oraz tym, co jeszcze pamiętają płytę „Stardust” Willy’ego Nelsona. Jest to krążek dla tych, co szukają w muzyce posmaku czasu nieodmiennie przeszłego, w innych barwach lub wręcz ich braku. W czasie kiedy ludzie inaczej mówili i myśleli, inaczej śpiewali oraz zupełnie inaczej słuchali. 

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load