Recenzje

2016-07-10
The Avalanches - "Wildflower"
Australijska grupa The Avalanches nagrała pierwszy od 16 lat album studyjny. Oto nasza recenzja tego wydawnictwa.
Wykonawca: The Avalanches
Wytwórnia: XL Recordings / Sonic Records
Rok wydania: 2016

The Avalanches wrócili. Aby zrozumieć powagę sytuacji i siłę tego gromu z jasnego nieba należy sięgnąć dwie dekady wstecz. To czas, kiedy wszelkie karty w muzyce rozdawała elektronika. Undergroundowe style takie jak drum’n’bass, trip-hop czy IDM z dnia na dzień zagościły w mainstreamie, a szerzej nieznani Dj’e stali się rozchwytywanymi, nagradzanymi gwiazdami. Symbolem tego czasu jest sampler, który w rękach takich mistrzów jak Coldcut, Dj Shadow, czy Amon Tobin z narzędzia stał się instrumentem. Na świat przychodziły płyty w całości poskładane z sampli, a kuratela entuzjastycznie liczących zyski wytwórni mówiła jasno – wszystkie chwyty dozwolone. Ta wciąż budząca kontrowersje technika przyniosła wtedy kilka arcydzieł, które śmiało można wymieniać wśród najlepszych krążków lat 90. i 00. Wśród nich – „Since I Left You” kolektywu DJ’ów z Melbourne.

Przyszli, narobili sporego zamieszania, i odeszli. Mówi się, że na ich albumie znalazły się kawałeczki pochodzące z trzech i pół tysiąca innych krążków. Nagrodzony wideoklip do tytułowego utworu odpalił modę na vintage i hipsterkę. Podobno rozpoczęli pracę nad drugim albumem, ale słuch o nich zaginął. Elektronika zaczynała się przejadać, należało więc z powrotem oddać scenę chłopcom z gitarami, tym razem od rocka garażowego. Minęło 16 lat i oto wybucha bomba – oni przez cały ten czas strugali nowy krążek. Jest gotowy, jeszcze gorący, z przepiękną okładką – nosi imię „Wildflower” (skojarzenia z The Beach Boys), a oto jego pierwszy numer pro publico bono – „Frankie Sinatra”. Po prostu szał, jakby czas stanął w miejscu, jako że ogólna koncepcja i metodologia w ogóle nie zmieniły się od czasu „Since I Left You”. Tylko wykonanie jest lepsze – i to o cały dystans.

Opisując zawartość „Wildflower” nie sposób powstrzymać się od trywialnych, dziecinnych epitetów lub też popisów emocjonalnej erudycji. Płyta jest zachwycająca, jakby pisząca zasady muzyki od nowa. Elektronika z powrotem triumfuje jako dzieło sztuki, a nie tylko narzędzie lub środek wyrazu. 22 kawałki tworzą jednolitą psychodeliczną opowieść, zbudowaną z mikstury klawiszy, pokręteł, suwaków, gramofonowych igieł i ton sampli ze starych, absolutnie kosmicznych czarnych płyt. Kolaż, mozaika, puzzle, misterna mandala czy rzeźby z piasku lub lodu – to wszystko oddaje cześć tworzywu, zachowując niezależny charakter zupełnie nowatorskiego dzieła. Tu nie ma mowy o kradzieżach, plagiatach czy żerowaniu. „Wildflower” to sampling najwyższej próby, pokazujący niedowiarkom o co chodzi tym, którzy spędzają życie na słuchaniu płyt i szukaniu w nich drobinek złota.

Na „Wildflower” The Avalanches wyhodowali coś w rodzaju mikroklimatu – świata równoległego, nierealnego, który da się dostrzec jedynie zmysłem słuchu. Ma wszelkie atrybuty kieszonkowej symfonii – estetycznej koncepcji jaka prześladowała Briana Wilsona, gdy komponował „SMiLE”. To kawałek nieskrępowanej fantazji wykradzionej z niedostępnego na codzień królestwa ludzkiej wyobraźni, zbudowanej ze wszelkich doznań zmysłowych, jakie w ciągu życia spotykamy. Słuchając „Wildflower” czuję, jak mimowolnie się uśmiecham. Kilku numerom należy się wyróżnienie, jak choćby „Subways”, ale pozostają idealnie zespolone w jednolicie zmiksowany koktajl snów, emocji, marzeń, wspomnień, dowcipów i beztroskiej frajdy (skojarzenia z Boards of Canada). Coś co 16 lat temu było niewinną zabawą, teraz nabrało wymiaru arcydzieła. Kandydat do płyty roku. 

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load