Recenzje

2016-07-28
Love De Vice - "Pills"
Aż pięć lat przyszło czekać na nowy album warszawskiej grupy Love De Vice. W tym czasie zespół przeszedł chwilowe zawieszenie oraz swoistą redefinicję stylu.
Wykonawca: Love De Vice
Wytwórnia: Fonografika
Rok wydania: 2016

„Pills” przynosi 11 utworów, z których właściwie każdy utrzymany jest w innej stylistyce. Płytę otwiera „No Espace”, zbudowany wokół solidnego hardrockowego riffu i „megafonowego” głosu Pawła „Ozziego” Graneckiego. W dalszej części wzbogacony jest jednak partiami smyczków, które – jak się okazuje - odgrywają na płycie istotną rolę. Orientalno-transowy klimat okrasza kolejny utwór „Ritual” – jeden z najciekawszych fragmentów całego albumu - w którym instrumenty smyczkowe do spółki z partią gitary basowej (na której gościnnie zagrał tu Andrzej Karp), objawiają się jeszcze pełniej. Z kolei „Best Of Worlds” sprawia wrażenie łącznika z dawnymi dokonaniami grupy. Delikatny, ujmujący, nastrojowy, czerpie nieco ze stylu grupy Collage. Jest jednak na tyle ciekawie zaaranżowany, głównie za sprawą brzmień perkusyjnych i ponownie smyczkowych, że stanowi właściwie autonomiczne dzieło na „Pills”. Co innego melancholijny, a zarazem niepokojący „Afriad”, który jest jedną z wizytówek płyty, reprezentując ją właściwie w pigułce (sic!). Zupełnym zaskoczeniem natomiast jest przejmujący utwór tytułowy, w którym wspaniale zaśpiewała siostra Graneckiego – Katarzyna. Tu już prym wiodą głównie partie smyczkowe zaaranżowane przez Macieja Caputę. Właściwie można by spokojnie uznać go za dzieło kogoś innego... Z kolei w „Hell On Earth” pobrzmiewa dość nośna nuta... indierockowa, która jeszcze szerzej wybija się w kolejnym „Wild Ride” (ponownie ze zmodyfikowanym wokalem Pawła). Oba kawałki idealnie nadają się na potencjalne single. Zasadniczą część płyty zamyka natomiast parateatralny „Nobody Owns Me”, mający w sobie ducha projektu Depresjoniści panów Zbigniewa Krzywańskiego i Jacka Bończyka. Charakteryzuje się podobnym niepokojem, „nerwem” kompozycyjnym i kolejną ciekawą aranżacją smyczków, tym razem pobrzmiewających głównie w tle. Resztę płyty uzupełniają zaś trzy kompozycje bonusowe. Pierwszą z nich jest epicka, kojarząca się nieco z dokonaniami Nicka Cave’a „Pictures From The Past”, z niską partią wokalną Graneckiego, „teatralnymi” smyczkami i soundscape’ową gitarą, które w drugiej części przechodzą w artrockowy popis. Drugą niemniej ciekawą jest „Winter Of Soul”, będącą zarazem najdłuższą kompozycją na płycie, a przy tym jeszcze bogatszą aranżacyjnie i zagraną z większym rozmachem, niż wcześniejsza. Album zamyka natomiast utwór tytułowy, oznaczony numerem dwa. Zaaranżowany tym razem akustycznie i wyłącznie z głosem Pawła, który - choć ma jeden z najlepszych brytyjskich akcentów wśród polskich wokalistów - tutaj niepotrzebnie udaje Noela Gallaghera.

To, co zaskakuje na „Pills” to przede wszystkim spora wolta stylistyczna. Love De Vice byli bowiem dotąd głównie kojarzeni (nie do końca słusznie zresztą) z kręgiem rocka progresywnego. Duża w tym zasługa producenta płyty Jacka Szabrańskiego, znanego z nieistniejącej już grupy The Car Is On Fire, który umiejętnie wyważył różnorodność stylistyczną, drzemiącą w muzyce grupy.

Autor: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load