Recenzje

2015-09-18
Duran Duran - "Paper Gods"
Duran Duran na swojej czternastej płycie proponuje muzykę lekką, prawie łatwą i nie do końca przyjemną.
Wykonawca: Duran Duran
Wytwórnia: Warner Bros.
Rok wydania: 2015

Nie wiem, czy to chęć utrzymania się na rynku, czy po prostu nadmierna pogoń za obecnymi trendami, ale odnoszę wrażenie, że „Paper Gods” jest albumem wyciśniętym i pozbawionym jakiejkolwiek myśli artystycznej. O ile otwierający płytę długi utwór tytułowy z gościnnym udziałem Mr. Hudsona, brzmi jeszcze całkiem nienachalnie, to już dalej zaczyna się robić tragicznie i żenująco. „Last Night In The City” z gościnnym udziałem Kieszy nadaje się na hit z pierwszej lepszej reklamy, natomiast „You Kill Me With Silence” brzmi jak odprysk z ostatniej płyty Tame Impala. Zupełnie jakby Simon Le Bon wraz z resztą kolegów usilnie starał się wpisać w obecne trendy. Efekt jest wątpliwy. Sytuacji nie ratuje też „Pressure Off” z gościnnym udziałem Janelle Monáe oraz Nile Rodgersa i jego ledwie funkującej gitary. Brzmi to jakby dziewczyny Bananarama weszły na kacu do sali prób muzyków z Daft Punk, a Ci próbują je nagrać. Ordynarną próbę odtworzenia klimatu lat 80. charakteryzują „Face For Today” i „Danceophobia”. W tym drugim kompletnie niepotrzebnie znalazła się Lindsay Lohan, która stara się wyraźnie mówić. Nieco lepiej robi się w „What Are The Chances?”, gdzie już na wstępie słyszymy gitarę... Johna Frusciante. I jest to jedyny dobry moment całego krążka. To trochę tak, jakby panowie z Duran Duran zapatrzyli się nieco Midge Ure’a. Skoro on może, to czemu my nie? Ano nie do końca... Reszta „Paper Gods” to popowo-pseudofunkowe numery, w których i owszem słychać gdzieniegdzie wspomnianego wyżej byłego ex-gitarzystę Red Hot Chili Peppers, natomiast wszystkie są niestety żałosną próbą powrotu do czasów świetności grupy.

Nadzieją dla Duran Duran jest zmiana ekipy producencko-doradczej. Mark Ronson – co zresztą udowodnił w tym roku na Orange Warsaw Festival – zaczyna już zjadać wszystkie swoje ogony, a także kilka innych, nużąc i męcząc się w tym samym sosie. Szkoda. Bo zespół z takim dorobkiem artystycznym spokojnie mógłby robić swoje, bez ostentacyjnej pogoni za współczesnością.

Autor: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load