Recenzje

2015-11-02
Def Leppard - "Def Leppard"
Lata mijają, a Def Leppard cały czas grają swoje. Czasem wtórne i miałkie, a innym nawet pomysłowe i z pewną bujnością. 11 studyjny album grupy, zatytułowany po prostu „Def Leppard” jest tego najlepszym przykładem.
Wykonawca: Def Leppard
Wytwórnia: earMusic
Rok wydania: 2015

Gdy kilka miesięcy temu rozmawiałem z basistą grupy, Phillem Collenem, mówił z pełnym przekonaniem, że każdy, kto lubi Def Leppard znajdzie na nowym krążku coś dla siebie.  Nie sugerował przy tym, że zespół wróci do świetności „Pyromanii”, czy „Hysterii”. Nie ubolewał tez specjalnie, że zespół nie nawiązał ponownie współpracy z Robertem „Muttem” Langiem, który w znacznej mierze odpowiada za brzmienie wspomnianych albumów. Jego słowa potwierdził również wokalista Joe Elliot. I tak blisko 55-minutowe „Def Leppard” otwiera singlowy „Let’s Go”. Elektroniczne intro, wjeżdża typowy leopardowy riff, który płynnie przechodzi w triumfalny „ejtisowy” refren… Przecież my już to znamy. Nazywa się „Pour Some Sugar On Me” i jest jednym z największych przebojów z „Hysterii”! Oczywiście numer jest nośny i zapowiada się na stadionowy hymn. Lepiej wypada mocny, hardrockowy i energetyczny „Dangerous”. I jak się okazuje - jest to jeden z nielicznych naprawdę świetnych momentów całego krążka. Po nim następuje natomiast chyba jedno z większych pozytywnych zdziwień tego albumu, czyli „Man Enough”. Funkowy rytm, wtórujące gitary i równy puls tego numeru, dają bardzo dobry efekt. I chodź partia perkusji w drugiej części numeru przypomina nieco „Walk This Way” Aerosmith, to całość ciekawie urozmaica krążek. Podobny klimat, choć już zdecydowanie bardziej ckliwy w wydźwięku ma śpiewany przez wszystkich członków „We Belong”. To akurat jest niepotrzebne, bo wrażenie jest takie, jakbyśmy słuchali boysbandu lub Bon Jovi z czasów pudlowych. „Invincible” i „Sea Of Love” znów rozpędzają całość, choć temu pierwszego trochę brakuje im pazura. „Energized” natomiast to istny błąd w sztuce. „Pigułowaty” podkład, pseudo smykowe klawisze oraz delikatny riff zjeżdżają w oazę lukru i słodkości. Rzecz absolutnie zbędna. Na szczęście sytuację ratuje mocny, kapitalny w warstwie muzycznej „All Time High” ze świetnym soczystym riffem. Szkoda tylko, że do takiego buzującego energią numeru napisano tak banalny tekst... Największą ozdobą „Def Leppard” są natomiast półakustyczny „Battle Of My Own”, w którym nawet nieznacznie zmodyfikowane pogłosowo chórki w refrenie nie rażą aż tak bardzo oraz zamykający całość „postgrunge’owy” „Blind Faith”, który interesująco zamyka całość. Reszta to typowe defleppardowe strzały, gdzie hard rock jest mniej lub bardziej posłodzony.

„Def Leppard” to płyta dla prawdziwych szalikowców zespołu, którzy są w stanie przeboleć ich najgorsze eksperymenty „cukiernicze” i oczekują od swoich ulubieńców przede wszystkim rockowych hymnów. Reszta może sobie album nie tyle darować, ile wrócić do klasycznych dziś krążków grupy z lat 80.

Autor: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load