Recenzje

2015-09-22
David Gilmour - "Rattle That Lock"
David Gilmour na swojej najnowszej pełnej nostalgii i wspomnień płycie nie tylko przenosi nas w rejony znane już ze swojej twórczości, ale także zaskakuje dźwiękami, którymi dotąd nieczęsto się parał.
Wykonawca: David Gilmour
Wytwórnia: Sony Music Poland

Przyznaję, że słuchając utworu tytułowego, którym zapowiedziano album „Rattle That Lock”, miałem mieszane uczucia. David Gilmour funkowym (!!), jak na siebie kawałkiem, raczej wywołał dziwny grymas, niż wzbudzał ciekawość. Główny motyw z tego utworu został zaczerpnięty z... sygnału zasłyszanego przez artystę na dworcu kolejowym we Francji. Muzyk przyznał, że ilekroć słyszał ten czterodźwiękowy fragment, chciało mu się tańczyć. Stąd taki charakter utworu. Zaś liryczną warstwę, za którą odpowiada żona Gilmoura, Polly Samson, zainspirował poemat „Raj Utracony” Johna Miltona. Historia zawarta w kolejnym utworze „Faces Of Stone” ma swoje źródło w spacerze po parku, jaki muzyk odbył ze swoją cierpiącą na demencję matką. Zaśpiewany w rytmie smutnego walca, jest jednym z bardziej nostalgicznych momentów krążka. Nie może się jednak równać z kolejnym „A Boat Lies Waiting”. To absolutnie najbardziej poruszający i melancholijny fragment płyty, a zarazem hołd dla zmarłego pianisty Pink Floyd – Ricka Wrighta. Ten prosty fortepianowy motyw i zaśpiewane wielogłosowo partie, sprawiają, że wydane w ubiegłym roku floydowe „The Endless River” (będące również hołdem dla Wrighta) można wyrzucić do kosza. Przeciwwagą dla powyższych są „Dancing Right In Front of Me” i „In Any Tongue”. Pierwszy z nich z wplecioną partią swingu, delikatnie kołysze. Drugi zaś muzycznie przypomina słynne floydowe „Comfortably Numb”. Ciekawie z kolei brzmi instrumentalny „Beauty”, czerpiący nieco z post-watersowego oblicza Pink Floyd. Największym zaskoczeniem jest jednak „The Girl In The Yellow Dress” - delikatny, jazzowy i kojarzący się z takowymi interpretacjami George’a Micheala. Niemniej zdumiewa „Today”. Takiego utworu nie powstydziliby się muzycy Genesis! Płytę wieńczy natomiast natchniony i ponownie melancholijny „And Then...”, zakończony dźwiękami płonącego ogniska. To piękne i bardzo „gilmourowe” podsumowanie całości, 

Oczekiwania w związku z tym albumem były wygórowane. Natomiast trzeba sobie zdać sprawę, że David Gilmour nie jest już muzykiem najmłodszym, co widać nie tylko po zdjęciach promocyjnych. Ważne jest jednak, że nawet w takim momencie swojego muzycznego życia nie boi się ryzykować, bawić się brzmieniami i zaskakiwać słuchaczy. A biorąc pod uwagę, że wciąż otacza się znakomitymi muzykami jak Phil Manzanera, czy nasz rodak Zbigniew Preisner, jestem spokojny o jego muzyczne poczynania.

Autor: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load