Recenzje

2014-03-23
The Shipyard - "Water On Mars"
Trójmiejska grupa The Shipyard przygotowała następcę wydanego dwa lata temu debiutu "We Will Sea".
Wykonawca: The Shipyard
Wytwórnia: 2.47 Production / Warner Music Poland
Rok wydania: 2014

Kup w

The shipyard will never fall asleep, jak głosi fragment jednej z piosenek z ich debiutanckiego albumu. Mija właśnie półtora roku od wydania "We Will Sea", krążka który pobudził wyobraźnie, krążenie krwi i apetyty wielu słuchaczy w Polsce. Oto bowiem jest zespół dla tych, którzy wierzą, że można znaleźć na naszym rodzimym poletku muzycznym coś naprawdę interesującego. Trzeba tylko wiedzieć gdzie szukać i nie słuchać muzyki jedynie w weekend.

"Water on Mars" to bardzo udany album numer dwa. W historii wielu zespołów rockowych to ten moment, gdy po udanym starcie przebijają atmosferę unosząc się ku gwiazdom. Nasi stoczniowi astronauci głoszą, że na Marsie jest woda - źródło życia. Czy to metafora odnalezienia tożsamości? A może zachęta do wspólnej ucieczki poza mainstream? "We Will Sea" kończyło się wśród planet Układu Słonecznego. "Water on Mars" już na starcie wskazuje, gdzie wylądowało.

Płyta zwyczajnie oczarowuje. Od razu słychać postęp, ale nie rewolucję. Jest energia, jest przysłowiowy pazur, jest porywający bas Piotra Pawłowskiego i dźwięczny głos Rafała Jurewicza. A jednak jest inaczej. Brzmienie zostało wyraźnie ukierunkowane, bardziej skomasowane, a kompozycje tworzą wspólnie lepszą konstrukcję całości. Na debiucie zespół chwytał się różnych pomysłów, mówiąc, we will see. Teraz już wiemy co zobaczyli i dokąd podążyli.

Album jest zaśpiewany w 100% po angielsku. Puryści językowi wciąż mogą mieć pretensje do Rafała Jurewicza o niedoskonałą intonację i dziwaczny akcent. Dla mnie nie ma to znaczenia. Ja tu słyszę świetne piosenki, z których conajmniej dwa ("Systematic Approach to Life", "Alright Alright") to natychmiastowe pociski, służące jako przystań przed eksploracją reszty. No i ten koniec, ponownie w oparach dymu i złudzeń, świadczący o klarownej wizji całości.

Jedna rzecz pozostaje niezmienna. Panowie nie są żółtodziobami i swoje już w życiu słyszeli, grali i komponowali. Na "Water on Mars", podobnie jak wcześniej, jest jasne, że Killing Joke i Joy Division zajmują w ich sercach i duszach honorowe miejsce. Ta energia, mieszanka gniewu i radości, jest doskonale przełożona na czas teraźniejszy. Sprawia to, że obcując z tą płytą dostaję zastrzyk czegoś dobrego i gdy się kończy mam ochotę od razu puścić ją od nowa.

Nie sposób jest nie oceniać "Water on Mars" przez pryzmat "We Will Sea". Ani lepiej, ani gorzej, ani zupełnie inaczej. To płyty na remis, yin-yang wody i ognia, doskonale się uzupełniające, o łudząco podobnych konstrukcjach. Jak pisałem, koniec pierwszej jest zapowiedzią drugiej. Tam, w opiumowym haju, liczyliśmy planety. Teraz, znowu niezdrowo wysoko, słychać coś o lękach i ucieczce przed diabłem. Jestem ciekaw, dokąd to zaprowadzi.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load