Wywiady

So Slow

2016-05-23

Warszawski So Slow powrócił z nowym krążkiem „Nomads”. Płyta uderza zaskakującym, bardzo transowym i jednocześnie mocnym brzmieniem. Jak się okazuje, album rodził się w bólach. Nie obyło także bez zmian w składzie – po nagraniu płyty wokalistę Łukasza Jędrzejczaka zastąpił Michał Głowacki, znany z Latających Pięści. O procesie powstawania płyty, niełatwej drodze ku jej zrealizowaniu i dalszych planach opowiedzieli mi perkusista Arek Lerch i wspomniany nowy frontman - Michał Głowacki.

Rozmowa z: Michał Głowacki / Arek Lerch

MM: Dzielicie czas między różne projekty muzyczne. Czy również w związku z tym czujecie się poniekąd współczesnymi nomadami?

AL: Jeśli chodzi o współczesnych nomadów, to wydaje mi się, że wszyscy nimi jesteśmy na co dzień. Wcale nie musi chodzić wyłącznie o muzykę, czy dzielenie czasu między różne projekty muzyczne. Obecnie całe życie jest nomadyczne. Podobno, co kilka lat powinno się zmieniać pracę, a 60% społeczeństwa nie ma własnego mieszkania, więc musi się przemieszczać. Natomiast jeśli chodzi o zespoły, to jeśli mogę mówić za siebie - występuje u mnie coś takiego, jak starcze przyspieszenie, polegające na tym, że strasznie nie lubię marnować czasu. Lubię siedzieć w domu, natomiast staram się być aktywny i robić różne rzeczy. A z drugiej strony dochodzę powoli do takiego nieprzyjemnego momentu, w którym będę musiał się określić, czy chcę grać ciężko i mocno, czy raczej skupić się na rzeczach bardziej improwizowanych. Zauważyłem po prostu, że coraz ciężej przychodzi mi przestawianie się z grania mocnych bitów na to, co gramy z So Slow. Póki co jednak – daję radę i jako muzyczny nomad czuje się z tym bardzo dobrze.

MR: Ja z kolei żyję w totalnym chaosie pod tym względem. Łapie projekty nie jeden za drugim, ale wręcz trzeci za czwartym. Ciężko mi się w tym czasami połapać. Wszędzie się spóźniam i ciągle gdzieś jestem w drodze. Nigdy nie określałem tego mianem nomadyzmu, ale zgadzam się, że w XXI wieku wszyscy nimi jesteśmy. Ludzie zawsze podróżowali. Teraz może mniej, ale znacznie intensywniej i na mniejszych odległościach.

AL: Trzeba jeszcze wspomnieć o jednym wymiarze nomadyzmu, czyli o Internecie, w którym wędrówka dusz się odbywa się właśnie za pośrednictwem sieci i mediów społecznościowych. Myślę, że nomadyzm człowieka właśnie tam zaczyna mieć swoje najsilniejsze odzwierciedlenie. O ile w życiu jesteśmy w stanie jakoś to wszystko poukładać i powiedzmy osiąść gdzieś na stałe, o tyle w Internecie ta wędrówka trwa nieprzerwanie, chociażby poprzez zawieranie nowych znajomości na Facebooku.

MM: „Nomads” to niewiele ponad 30 minut muzyki. Z jednej strony zachwyciło mnie, bo odpowiednio wstrząsnęło, wymięło, przeładowało emocjami i energią, a z drugiej po którymś kolejnym przesłuchaniu zacząłem odczuwać niedosyt. Czy materiału było więcej, czy po prostu uznaliście, że te niewiele ponad pół godziny wystarczy?

AL: Jeśli chodzi o powstawanie tej płyty, to historia jest długa, zawiła i nie zawsze wesoła. Po „Dharavi” (pierwszej płycie So Slow, wydanej w 2014 roku – przyp. MM) byliśmy trochę zagubieni. Zrobiliśmy ją, zagraliśmy jakieś koncerty i generalnie początkowo było fajnie, natomiast w pewnym momencie zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej. Bo jednak doszliśmy do wniosku, że nie wszystko zażarło tak jak chcieliśmy. Były różne opcje – ktoś chciał robić bardziej piosenkowe rzeczy, ktoś inny mocniejsze. Momentem przełomowym była decyzja o nagraniu kawałka „Źle Sformułowane Pytania”. Stwierdziliśmy nawet, że jeżeli mamy się w ten sposób pożegnać, to nagrajmy ten jeden numer i zobaczymy, co będzie. Potem stwierdziliśmy z Danielem (Kryjem, gitarzystą So Slow – przyp. MM), że skoro nagraliśmy ten jeden utwór, to może jeszcze zróbmy drugi. Przypomniał nam się taki motyw, który wymyśliliśmy i ćwiczyliśmy w trakcie robienia pierwszej płyty. Wówczas odpadł, bo nie za bardzo wiedzieliśmy, co z nim zrobić. Okazało się jednak, że ten motyw stał się wstępem do „Księgi Rogera”. Zaczęliśmy go grać i podczas którejś próby wpadliśmy na pomysł, żeby przejść z niego na ten dół. Zagrałem ten bit i poleciało - nagraliśmy te dwa numery. I paradoksalnie gdy Łukasz (Jędrzejczak, były wokalista So Slow – przyp. MM) dograł wokale do „Źle Sformułowanych Pytań”, byliśmy najbliżej rozpadu. Gdy jeszcze Daniel usłyszał rap w tym kawałku, to w ogóle stwierdził, że to nie pasuje... Trwała długa zażarta dyskusja i na całe szczęście ten wokal został w takiej formie. Wtedy od słowa do słowa stwierdziliśmy, że robimy jeszcze jakieś numery. Wówczas nagraliśmy jeszcze „Rzeczy, Które Wymykają Się Z Rąk”, a potem zaczęliśmy najdłuższą batalię, czyli nagranie wszystkich trzech części „Poza Wszystkimi Kręgami W Pewnej Odległości”, które zrobiliśmy praktycznie sami z Danielem. Nagraliśmy to wszystko w dwóch sesjach, a na końcu ja wymyśliłem bit do „Depeceur”. Nagrałem go i powiedziałem Łukaszowi, by coś z tym jeszcze zrobił. Dograł do tego klawisze, a sam numer okazał się w pewnym sensie naszym pożegnaniem. Po nagraniu i zmiksowaniu płyty Łukasz stwierdził bowiem, że lepiej się czuje jako twórca muzyki elektronicznej, niż wokalista, czy frontman. Trzeba pamiętać, że na tamtym etapie prowadziliśmy bardzo gęste dyskusje, które naruszały też naszą kondycję psychiczną. Przyznaję, że po odejściu Łukasza się załamałem. Mamy płytę, na której jest dużo elektroniki, a tracimy jedno głównych ogniw, które jest w dodatku za nią odpowiedzialne. I ponownie pojawia się pytanie: co dalej? Wówczas przypomniałem sobie, że robiłem wywiad (Arek jest także dziennikarzem muzycznym – przyp. MM) z grupą Latające Pięści i byłem na ich koncercie. Przypomniałem sobie o Michale, który pasował wręcz idealnie. Nie dość, że potrafi śpiewać, jest otwarty na zabawę efektami, to jeszcze w dodatku robi show. Zadzwoniłem do niego trochę bez większej nadziei, a tu okazało się, że jest zainteresowany. Wszystko się udało i muszę przyznać, że jesteśmy w tej chwili w lepszej sytuacji, niż z Łukaszem, także pod kątem logistycznym. Kiedy Łukasz przyjeżdżał z Bydgoszczy na próbę, to nie było szans wejść z nim w tryb koncertowy. Nie mamy do siebie żalu, bo dalej jesteśmy kumplami. Natomiast z Michałem po przedostatnim koncercie w „Chmurach” złapaliśmy taki lot, że to on nas ciągnął dalej. On nakręca nas, a my jego. Zresztą na próbach z tym materiałem dzieją się teraz bardzo ciekawe rzeczy, które mogą przynieść interesujące rzeczy na przyszłość.

MM: Rozumiem, że materiał na „Nomads” powstawał skokowo, chociażby ze względu na wspomnianą logistykę, a czy da się zamknąć ten proces w jakieś ramy czasowe?

AL: To trzeba rozpatrywać w nieco inny sposób. Numer „Źle Sformułowane Pytania” graliśmy na początku instrumentalnie, a Łukasz dośpiewywał sobie swoje partie po „norwesku” i w takiej formie pojawił się on na niektórych koncertach. Reszta powstawała po drodze i można powiedzieć, że był to okres wakacyjny 2015. Ostatnią sesję nagraniową skończyliśmy w lipcu tamtego roku. Natomiast dużo istotniejsze jest to, co działo się później, ponieważ koncepcja robienia tej płyty była zupełnie inna, niż w przypadku „Dharavi”, które powstało w sposób tradycyjny w sali prób i stamtąd udaliśmy się do studia, by je zarejestrować. W przypadku „Nomads” muzykę nagraliśmy, a potem zaczęła się dyskusja i całe składanie tego materiału. Ta dłubanina doprowadziła do furii nas i Marcina Klimczaka, który zajmował się miksem. Dochodziło do sytuacji, gdy w ciągu dnia dostawał od nas kolejne maile, jak ma połączyć kolejne fragmenty. Paranoja... We wrześniu Łukasz zaczął nagrywać pierwsze wokale. Po drodze pojawiły się jeszcze sample. Całość została ostatecznie zmiksowana pod koniec listopada. Pierwotnie materiał miał się ukazać w styczniu, natomiast jeszcze nanosiliśmy różne poprawki. Płyta wyszła ostatecznie w marcu. Długo w tym grzebaliśmy, natomiast efekt wydaje mi się ciekawy, bo sami siebie zaskoczyliśmy.

MM: Rozumiejąc proces powstawania tego materiału, wydaje mi się, że „Nomads” nie wyczerpuje jeszcze tematu. Brakuje mi tutaj drugiej części, jakiegoś suplementu, rozwinięcia.

AL: (śmiech) Mamy sytuację dość paradoksalną. W kontekście Twoich słów, parę miesięcy temu zadzwonił do mnie Łukasz i powiedział, że po wysłuchaniu tej płyty, fajnie byłoby zrobić „Nomads II” (śmiech). Jest taki wyświechtany zwrot, że lepszy jest niedosyt, niż przesyt. Dlatego możesz sobie posłuchać tego albumu jeden, dwa, czy trzy razy i być może znaleźć w nim coś nowego. Natomiast jeśli ta forma nie wystarcza, to można przyjść na koncerty, by zobaczyć, jak te numery się rozwijają i zmieniają. Dla mnie idealny koncert So Slow A.D. 2016, to set składający się z trzech długich numerów, które są ze sobą połączone i jest totalny lot w kosmos. Musisz pamiętać, że bardzo często jeździ też z nami saksofonista Rafał Wawszkiewicz z Merkabah, który wprowadza element improwizacji do naszego transu. To też jest ciekawe, bo np. wydawało mi się, że kawałek „Źle Sformułowane Pytania” jest zamknięty i nie można z nim nic zrobić, a teraz zaczyna on ożywać i iść w zupełnie nową stronę. Poza tym Michał inaczej śpiewa ten kawałek, niż Łukasz, bardziej kondensując go i osadzając wokal w rytmie, co też sprawia, że numer jedzie w jeszcze inny sposób.

MM: Czyli nie został wam żaden niewykorzystany materiał z sesji „Nomads”?

AL: Nie, ale mamy już zalążki nowego numeru, który zamierzamy nagrać na przełomie czerwca i lipca. Chcemy po prostu zrobić małą niespodziankę przed sierpniowym koncertem na Off-Festivalu.

MM: W sumie czemu nie dodaliście tekstów do płyty? Skoro jest to wprowadzenie z książki „Globalizacja. I co z tego dla ludzi wynika” Baumana, to te liryki Ewy, czy Łukasza z „Księgi Rogera” mogłyby je uzupełnić.

AL: Był przez pewien czas patent, że na którymś skrzydełku digipacka umieścimy teksty na zasadzie: nie jest ich dużo, to się zmieszczą. Później doszliśmy do wniosku, że ta grafika zrobi się zbyt zatłoczona. Pamiętam, że odbyło się to w bardzo naturalny sposób. Ale z tym akurat nie ma problemu, bo każdy kto chce, może je sobie znaleźć w Internecie w wersji mp3, gdzie dołączamy plik tekstowy.

MM: Zastanawiam się, jak teraz można przełożyć te emocje zawarte w muzyce z „Nomads” na wasze występy na żywo. Michał, jesteś także aktorem, więc możesz użyć różnych środków do ich przekazania.

MG: Myślę, że tak. Nie jestem aktorem intelektualnym, lecz intuicyjnym. Wszystko, co robię na scenie, odkąd sięgam pamięcią wstecz, jest właśnie intuicyjne. Nawet myślałem o tym ostatnio, że za każdym razem, gdy wychodzę na scenę, coś się we mnie przemienia. Zatem moja interpretacja tej muzyki, która się pojawi, nie będzie wystudiowana. Moją ideą jest stanie się czułym odbiornikiem, który reaguje na wszystko, co się dzieje, przetwarza to przez siebie i dzięki temu wytwarza się jakaś ekspresja sceniczna. Wiem, że może się to wydać nieco zagmatwane, ale tak to właśnie widzę.

MM: Będziesz obsługiwał te wszystkie elektroniczne urządzenia na scenie?

MG: Staram się, choć nie jest to łatwe. Nigdy wcześniej się tym nie zajmowałem, aczkolwiek mam wielką chęć ku temu. W Latających Pięściach też nigdy nie postrzegałem siebie jako wokalisty. Przychodziłem po prostu robić pewne zdarzenie artystyczne. W pewnym momencie jednak zacząłem się bawić efektami gitarowymi, dołączając je sobie do mikrofonu, bo zawsze byłem niezadowolony z tego, jak akustycy ustawiali mi wokal. Z tego wyszedł taki mój niezrealizowany - póki co - projekt o nazwie Jawnogrzesznica, w którym sobie krzyczę i odpalam te efekty. To screamowo-dronowa sytuacja. No i teraz do So Slow zakupiliśmy wspaniały sampler, którego się uczę. Mam nadzieję, że będzie tego więcej, bo dla mnie to ciekawa przestrzeń do odkrycia jako artysty.

MM: Chyba oczywistą sprawą wydaje się fakt, że „Nomads” ukaże się także na winylu?

AL: Jeśli chodzi o winyl, to na razie potwierdzone jest wydanie „Dharavi”. Mamy oddany master i grafikę. Do końca roku powinien się ukazać. Natomiast przyznam że o „Nomads” jeszcze nie rozmawialiśmy. Tym niemniej – plan jest. Zresztą wydaje nam się, że nie będzie problemów, bo płyta została ciepło przyjęta. To jest o tyle ciekawe, że po skończeniu miksu, gdy Marcin Klimczak trochę odsapnął i zapomniał przez co przeszliśmy (śmiech), spytałem go, co myśli o tej płycie. Odpowiedział, że wyszła rzecz ambitna, ale żebyśmy się nie spodziewali pozytywnych recenzji. I gdy pojawiły się pierwsze recenzje... Mam wrażenie po prostu, że nasze podejście na zasadzie, że mamy wszystkich w dupie i gramy jak chcemy w tym wypadku pomogło. Każdy muzyk będzie się upierał, że gra dla siebie i przede wszystkim to on musi być zadowolony, co moim zdaniem jest kompletną bzdurą. Jeżeli ktoś coś takiego mówi, to wygaduje głupoty, obliczone na tani poklask i pokazanie, jaki to on jest totalnie niezależny. W rzeczywistości każdy chce być poklepany po ramieniu i chce, by ludzie przychodzili na koncerty, żeby zarobić parę złotych więcej.

MM: Co z koncertami?

AL: W czerwcu Ferment Fest w Nowym Targu, następnie Off w Katowicach, a potem szykujemy ofensywę wrześniową.

Foto: Janek Fronczak 


Rozmawiał: Maciej Majewski