Wywiady

Gallileous

2017-05-29

Gallileous powrócił z nową płytą i znaczącą zmianą składu. Nową wokalistką zespołu została Anna Pawlus-Szczypior, która dopełniła nowego oblicza zespołu. Płyta „Stereotrip” to nie tylko pierwsza wydawnictwo wydane w barwach wytwórni, ale także nowy etap dla grupy. O zmianach jakie zaszły w Gallileous opowiedzieli nam Ania Pawlus-Szczypior i gitarzysta Tomek Stoński.

Rozmowa z: Ania Pawlus-Szczypior / Tomasz Stoński

MM: Wiem, w jakich okolicznościach Ania dołączyła do zespołu, natomiast zastanawiam się, czy jej obecność wpłynęła jakoś na zmianę stylistyki Gallileous, czy też stało się to już wcześniej, przy okazji poprzedniej płyty - „Voodoom Protonauts”?

TS: Wydaje mi się, że ta zmiana z funeral doom metalu w stronę stoner rocka z płyty na płytę stawała się coraz wyraźniejsza. Wokal Ani dodał ostatecznego szlifu, którego tak naprawdę zawsze nam brakowało.

APS: Mnie też zastanawiało, czy moja obecność zmieniła muzykę grupy, bo dołączyłam do doommetalowej kapeli, co zresztą bardzo mi odpowiadało (śmiech). I rzeczywiście – pierwszy numer był jeszcze w takim stylu. A tymczasem reszta utworów miała już znacznie większą motorykę.

TS: No i właśnie z tego to wyniknęło – nie chcieliśmy się trzymać sztywno wyłącznie długich i wolnych kompozycji, tylko grać krócej i z większym kopem.

MM: Rozumiem też, że zmiana stylistyki jest wynikiem waszych doświadczeń. Wiem, że po drodze zawiesiliście działalność i dopiero po kilku latach ją wznowiliście. Wspomniałeś też w którymś z wywiadów, że to stało się to także w wyniku podniesienia waszych umiejętności jako instrumentalistów.

TS: Wiesz, zaczynaliśmy ponad ćwierć wieku temu. Wszystkiego się uczyliśmy, mieliśmy jakieś pierwsze instrumenty, a lutownica na próbach była normą. Dlatego tych umiejętności nie ma co porównywać. Inspirowaliśmy się wówczas grupą Lord Of Putrefaction, z którego potem wyłonił się Electric Wizard. Miało być mega wolno i mega ciężko. Chodziło nam o to, żeby podobało się to kilku takim maniakom, jak my. Z perspektywy czasu, oczywiście nie tylko poprawiły się nasze umiejętności muzyczne, ale wpływ miał także skład zespołu, który zmieniał się na przestrzeni lat wielokrotnie. Inspiracje poszczególnych członków zespołu też są tu nie bez znaczenia. Poza tym nie mam już po 17 lat, tylko 40 i nie słuchamy już tego, czego słuchaliśmy, kiedy zaczynaliśmy grać.

MM: Początkowo nabrałem się na wokal, bo byłem przekonany, że śpiewa jednak któryś z was. Dopiero później zobaczyłem teledysk i okazało się, że to śpiewasz właśnie Ty, Aniu. Twoja barwa przypomina mi trochę głos Myles’a Kennedy’ego z Alter Bridge.

APS: Tak, padło już gdzieś to porównanie.Zresztą słucham dużo Alter Bridge, więc coś jest na rzeczy.


MM: Przechodząc już do zawartości „Stereotrip” – podobno długo rozważaliście, czy grać utwór „Five Suns”. Dlaczego?

TS: Jeśli uważnie się przysłuchasz temu utworowi, to usłyszysz, że jest tam pewnie spowolnienie. Bardzo mi się to spodobało, natomiast nasza sekcja rytmiczna jakoś do końca nie wierzyła w ten pomysł. Na próbach wychodziło to różnie. W końcu jednak udało mi się ich przekonać.

MM: No właśnie – trochę brakuje tutaj takiego długiego, „lejącego się” utworu, choć „Born Into Space” ma zadatki. Zastanawiałem się, czy nie lepiej by było, gdyby ten numer był na końcu płyty, tak by dopełnić ten czas „winylowy”?

TS: Myślę, że tyle osób, ile przesłucha tę płytę, tyle kolejności utworów może na niej być. Akurat jestem kolekcjonerem winyli, zwłaszcza takich sprzed czterdziestu lat i mało który album ma ponad trzydzieści sześć minut. Poza tym jestem zmęczony płytami takich zespołów jak np. The Mars Volta. Dwie pierwsze mieli świetne, trzeciej nie mogę przesłuchać do końca, a czwartą już przełączam, bo jest za długa. Naszym celem było stworzenie takiej płyty, którą słuchacz może włączyć ponownie, jeśli mu się spodoba. A „Born Into Space” jest chyba jedynym kawałkiem poza „Sonic Boom”, który stworzyliśmy z myślą o nowej płycie. Stąd te naleciałości z poprzednich wcieleń grupy.

MM: Solo w tym utworze zagrał wasz realizator, Daniel Arendarski. Będziesz je grał na koncertach?

TS: Nigdy nie gram takich samych solówek. Nawet te, które słychać na płycie nie są takie same na koncertach. Przychodzimy do studia, biorę gitarę i gram tak, jak czuję. Nie chciałbym tu sobie schlebiać, ale ktoś mi kiedyś powiedział, że gram w stylu podobnym do Johna Frusciante. A jak on gra? Pięć dźwięków, które każdy z nas pamięta i nuci w najmniej oczekiwanych momentach.

MM: Natomiast „Easten By The Universe” kojarzy mi się w części początkowej z „Harvester Of Sorrow” Metalliki.

TS: Uff, myślałem, że powiesz Blues Pills (śmiech).

MM: A czy zostały wam jakieś utwory, który nie weszły na „Stereotrip”?

APS: Nie, chociaż jeden się rodził, który ochrzciliśmy mianem disco doom (śmiech)

TS: Jest w nim bit z taką pulsującą stopą. Nie był jednak na tyle dopracowany, by umieścić go na płycie.

APS: Stylistycznie jednak też odbiega od tego, co jest na płycie, więc może na kolejnej, która byłaby nowym początkiem się znajdzie dla niego miejsce.

MM: Co z koncertami? Widziałem, że byliście w Anglii i w Finlandii.

TS: Tak, byliśmy także w Trieście we Włoszech. We wrześniu gramy w Tarnowskich Górach. Jesienią chcemy też pograć więcej. W lato na razie nie gramy, dlatego mocno nastawiamy się na jesień. Zresztą jesteśmy już w trakcie tworzenia materiału na nową płytę, która być może ukaże się w przyszłym roku.

MM: Dziękuję za rozmowę.


Rozmawiał: Maciej Majewski