Wywiady

The Heavy Clouds

2017-06-29

The Heavy Clouds to zespół byłych członków grup Elvis Deluxe i Maqama. Basista i wokalista Wojtek Ziemba, gitarzysta Bartek Kanak oraz perkusista Piotrek Podgórski opowiedzieli naszemu wysłannikowi Maciejowi Majewskiemu o kulisach powstania grupy oraz procesu realizacji debiutanckiej płyty zatytułowanej „Mind Pollution”.

Rozmowa z: The Heavy Clouds

MM: Znam genezę powstania The Heavy Clouds, natomiast zastanawiam się, co było impulsem, że zadzwoniliście akurat do Wojtka?

BK: Brakowało nam głównego ogniwa, czyli basisty, a przede wszystkim wokalisty (śmiech).

WZ: Ja wszedłem do zespołu na zasadzie takiej, żeby wreszcie sobie pograć na basie. I tak graliśmy przez kilka miesięcy, robiąc przy okazji nowe numery. To było późną wiosną 2014 roku. Tworzyliśmy i zastanawialiśmy się, kto będzie śpiewał. Długo się przed tym wzbraniałem, ale ostatecznie zostałem przegłosowany (śmiech). Zaśpiewałem jeden numer, znów poczułem się pewnie za mikrofonem i tak zostało.

MM: A kto wymyślił nazwę zespołu?

WZ: Chyba ja (śmiech). Szukaliśmy jej dosyć długo. Pierwotnie wymyśliłem The Heavy Crown. Okazało się, że były już przynajmniej trzy zespoły o tej nazwie (śmiech). Potem pomyślałem sobie, że „clouds” też fajnie brzmi. Nazwa padła po raz pierwszy u realizatora naszej płyty - Marcina Klimczaka. Dopiero później moja dziewczyna zwróciła uwagę, że nazwa układa się w skrót THC (śmiech).

MM: Najpierw powstała muzyka, a dopiero potem dość osobiste teksty. Co sprawiło, że postanowiłeś tyle rzeczy wyrzucić z siebie?
WZ: Zmieniła się sytuacja w moim życiu prywatnym i rozpadły się zespoły, w których grałem. To był taki moment przejściowy. Popadłem w pewien marazm. Do tego doszła bieżąca sytuacja w Polsce i na świecie. Czułem się, jakby miała mi wybuchnąć czaszka. Musiałem to z siebie wywalić.

MM: A czy można tę płytę nazwać manifestem?

WZ: Z mojej osobistej perspektywy – tak.

BK: Moim także w warstwie muzycznej. To są takie rzeczy, które teraz chcę grać, bo sprawiają mi przyjemność.

MM: Muszę przyznać, że trochę jestem zaskoczony warstwą muzyczną. Znam wasze poprzednie dokonania z Elvis Deluxe, The Black Tapes, czy Maqamą i spodziewałem się czegoś bardziej punkrockowego, a tymczasem tu wyszedł właściwie hard rock.

WZ: Można tak powiedzieć. Myślę, że przeciętnemu odbiorcy hard rock może kojarzyć się na różne sposoby. Sądzę, że my brzmimy bardziej garażowo, a nawet grunge’owo.


MM: Ten materiał powstawał przez 3 lata?

BK: Trochę mniej. Początkowo były dwie demówki. Myśleliśmy o wypuszczeniu ep-ki. Półtora roku temu zagraliśmy pierwszy koncert, na którym przedstawiliśmy już cały materiał. Resztę czasu poświęciliśmy na szukanie wydawcy. Ostatecznie udaliśmy się do Karrot Kommando, którzy wydali płytę.

MM: A czemu płyta jest taka krótka? Ja czuję pewien niedosyt.

Wszyscy: I oto chodziło

WZ: Wiesz, lepiej jest, gdy słuchasz płyty, czujesz niedosyt i masz ochotę włączyć ją jeszcze raz, niż miałbyś jej słuchać i np. ostatnich trzech numerów już nie pamiętać.

MM: Czy w takim razie zostały jakieś utwory, które nie weszły na płytę?

WZ: Zostało nam dużo szkiców, zarysów riffów. Ogrywamy je potem na próbach i robimy z nich numery. Natomiast jeśli chodzi o tę płytę, to wybraliśmy akurat te 8 pomysłów, bo nam się podobały i zrobiliśmy z nich piosenki.

MM: „Mind Pollution” zaskakuje spójnością. Materiał płynie niczym strumień. Trzeba się w niego wgryzać. Np. w „Sun Goes Down” Twój wokal przypomina mi Raya Wilsona.

WZ: Ooo, takiego porównania jeszcze nie słyszałem (śmiech). Cieszę się, że płyta jest spójna, zwłaszcza, że w dzisiejszych czasach słucha się głównie singli. Młodzi ludzie odpalają po jednym numerze i chcą mieć jeszcze do tego od razu obrazek.

MM: Z kolei „Fire Inside” rytmicznie kojarzy się z „Personal Jesus” Depeche Mode.

WZ: Mam podobne skojarzenie, natomiast nieskromnie powiem, że wokalnie też przypominam tu Dave’a Gahana (śmiech). Nie chcę sobie za bardzo słodzić, w końcu to legenda, ale jestem jego fanem, więc myślę, że to dobry trop.

MM: Jak doszło do tego, że materiał zmiksował Wojtek Olszak?

PP: To akurat moja zasługa. Początkowo Wojtek miał zmiksować tylko „My Path”, który planowaliśmy wypuścić jako singiel. Musieliśmy go dość szybko zmiksować i zmasterować pod kątem radiowym. Mój przyjaciel Łukasz Błasiński zasugerował, byśmy zrealizowali to w studiu Woobie Doobie. On lub Wojtek mieli się tym zająć. I właśnie Wojtek się tego podjął, bardzo poważnie do tego podchodząc. Doszło do sytuacji, że zablokowaliśmy mu studio na inne rzeczy i musieliśmy być pod telefonem 24 godziny na dobę, bo Wojtek potrafił napisać smsa o 2:00 w nocy, że udało się coś zrobić (śmiech). Staraliśmy się to robić najszybciej jak się da. Wojtek robił dwie lub maksymalnie trzy wersje miksu każdego numeru. Także byliśmy klientami wymagającymi, ale też prężnie działającymi (śmiech).

MM: Z jednej strony czuć, że przyświeca Wam zasada „Do It Yourself”, a z drugiej mam wrażenie, że jest w tym wszystkim dużo luzu.

WZ: Nie mamy potrzeby się spinać. Zaznaliśmy już różnych sytuacji w tym muzycznym świecie, małych sukcesów i goryczy porażki. Robimy to od tylu lat, że nie mamy ciśnienia na karierę. Wiemy, czego się spodziewać i jaką muzykę chcemy grać. To wyszło naturalnie i myślę, że jest największą siłą zespołu. 

MM: Będzie można was usłyszeć na żywo w najbliższym czasie?

PP: 29 czerwca gramy na release party The Black Hearts w klubie „Miejsce Chwila” jako gość specjalny. Serdecznie zapraszamy!

MM: Dzięki za rozmowę.


Rozmawiał: Maciej Majewski