Wywiady

Slowdive

2017-08-15

Brytyjscy klasycy nurtu shoegaze Slowdive zagrają 2 października w warszawskim klubie Palladium. Z tej okazji gitarzysta Christian Savill udzielił wywiadu naszemu portalowi, w którym opowiedział między innymi o swej fascynacji fińskim futbolem, mediach społecznościowych, ulubionych gitarzystach oraz reaktywacji Slowdive po dwudziestoletniej przerwie.

Rozmowa z: Christian Savill

Jakub Oślak: Zacznijmy od Waszej nowej płyty, "Slowdive". Nosi eponimiczny tytuł, co jest typowe dla albumów debiutanckich. Czy w Twojej opinii jest to w pewnym sensie ponowny debiut zespołu, „restart”, zdefiniowanie Waszej muzyki od nowa, czy też jest to naturalny dalszy ciąg tego, co już osiągneliście?

Christian Savill: Masz rację, ta płyta to nasz ponowny start. W trakcie komponowania i sesji nagraniowych Nick (Chaplin, basista zespołu) powiedział, że to, co robimy brzmi jak album eponimiczny, debiutancki – z czym wszyscy się zgodziliśmy.

JO: 20 lat to kawał czasu. Czy byliście pewni siebie, oraz tego, że Wasz nowy album osiągnie sukces ze względu na czekających na niego na całym świecie fanów, czy też była to wycieczka w nieznane, gdzie nic nie jest pewne ani przewidywalne?

CS: Rozmawiając o naszym powrocie od samego początku zakładaliśmy nagranie nowej muzyki. Chcieliśmy powrócić jako w pełni funkcjonujący, twórczy zespół, a nie tylko odcinać kupony. Pisanie nowej płyty zajęło nam więcej czasu niż zakładaliśmy ze względu na długą trasę koncertową. Musieliśmy ochłonąć po takiej ilości występów, zanim zabraliśmy się za nową muzykę, która będzie w pełni brzmiała jak Slowdive. Żadna wytwórnia nie stała nam nad głowami w trakcie nagrań, dzięki czemu odczuwaliśmy znacznie mniejszą presję. Gdyby efekt naszej pracy nie przypadł nam do gustu, po prostu byśmy tego nie wydali. Gdy ukończyliśmy nagrywanie zaczęły się nerwy, czy nowy materiał sprosta oczekiwaniom. Sądzę jednak, że jest tak za każdym razem, gdy tworzysz coś nowego.

JO: "Slowdive" to ekscytująca płyta – brzmi znajomo, a jednocześnie nowatorsko, bez jakichkolwiek sentymentów. Jak sądzisz, ile jest w niej bagażu doświadczeń, jakie każdy z Was zgromadził w indywidualnych projektach (Monster Movie, Mojave 3, Minor Victories, solo) po rozpadzie Slowdive?

CS: Dziękuję. Jestem przekonany, że bardzo dużo z naszych odrębnych doświadczeń przedarło się do nowej muzyki Slowdive, ale z pewnością nie świadomie. Wydaje mi się, że działamy lepiej i efektywniej, gdy nie rozmyślamy za bardzo nad tym co robimy. Na początku, podczas pierwszych sesji nagraniowych gdy pracowaliśmy nad nowymi pomysłami zastanawialiśmy się, czy dana rzecz brzmi już wystarczająco jak Slowdive, czy też za bardzo jak Slowdive. Ostatecznie udało nam się wskoczyć na właściwy tor i reszta poszła sprawnie.

JO: Czy gdy przed laty ukazywało się "Just For a Day" oraz w szczególności "Souvlaki", miałeś poczucie wchodzenia na niezbadane do tej pory terytoria, grania muzyki jakiej przed Wami nie grał właściwie nikt, albo mówiąc wprost – tworzenia historii?

CS: Nie, nic z tych rzeczy; po prostu usiłowaliśmy nagrać możliwie najlepszą płytę, na jaką było nas stać. Te dwie płyty nie odniosły w swoim czasie oszałamiającego sukcesu. Dopiero po latach zostały odkryte na nowo i docenione przez szerszą widownię.

JO: Przed nagraniem "Slowdive" dużo czasu spędziliście w trasie. Koncerty w Londynie wyprzedały się w kilka minut, byliście headlinerami wielu festiwali, w tym w Polsce (Off Festival 2014) – jak się czuliście znowu razem na scenie przy tak entuzjastycznej publiczności? Czy miało to wpływ na decyzję o wydaniu nowej płyty, czy też była ona częścią planu od samego początku?

CS: Gdy nasz manager oznajmił, że załatwił nam koncert w Londynie byliśmy bardzo przejęci – ostatnio gdy tam graliśmy 20 lat temu prawie nikt nie przyszedł. Byliśmy oszołomieni, gdy te koncerty się wyprzedały, oraz gdy graliśmy na tych wszystkich festiwalach obok „prawdziwych” zespołów. Od początku chcieliśmy nagrać coś nowego, ale nie wiedzieliśmy, czy damy radę.

JO: Wasza nowa płyta brzmi nad wyraz świeżo i interesująco, jak gdyby nigdy nic. Czy możemy spodziewać się dalszego ciągu w bliskiej przyszłości, czy też sami jeszcze nie wiecie i po prostu czas pokaże?

CS: Zdecydowanie chcemy nagrywać więcej muzyki, być może także do filmu. Wydaje nam się, że nowa płyta otworzyła drzwi do zupełnie nieznanych możliwości.


JO: Jak bardzo różni się koncertowanie po świecie dziś, w 2017 roku, od lat 90-tych?

CS: Różnica jest wyraźna. Dziś gramy mnóstwo festiwali, ale wtedy były to pojedyńcze przypadki. Gdy pojechaliśmy koncertować do USA okazało się, że gramy w ogromnych, niesamowitych salach; wydawało nam się, że musiała zajść jakaś pomyłka organizacyjna. Pamiętamy przecież, jak dawniej grywaliśmy w maleńkich klubach. Dziś także mnóstwo ludzi nagrywa koncerty komórkami, przez co każdy koncert jest w jakimś stopniu uwieczniony w internecie. Dawniej, gdy miałeś zły dzień na scenie, nazajutrz nikt o tym nie pamiętał!

JO: Gdybyś mógł wybrać jakikolwiek zespół z którym chciałbyś pojechać w trasę, grać koncerty, dzieląc scenę, autokar i drinki, kto by to był?

CS: Dobre pytanie. Chyba Kraftwerk z 1981 roku. Albo The Fall, bo to była doskonała zabawa. A może The Smiths, chociaż nie wyobrażam sobie jak byśmy ze sobą nawzajem wytrzymali.

JO: Wydałeś nową płytę z Monster Movie w tym roku. Po latach milczenia wrócili My Bloody Valentine, Lush, Ride, i inni. Co sprawia, że czas w którym żyjemy tak sprzyja kreatywności? Czy ma z tym coś wspólnego niepokój społeczny jaki przeżywamy, chociażby w Anglii? Czy jest to potrzeba tworzenia muzyki póki jeszcze jest czas, czy też te aspekty nie mają ze sobą związku?

CS: Dobra muzyka ukazuje się zawsze, bez względu na nastroje społeczne. Są artyści, którzy dają temu wyraz mniej lub bardziej dosadnie, ale to nie znaczy, że jedni są lepsi od drugich. Wydaje mi się, że zespoły takie jak My Bloody Valentine osiągały szczyt popularności właśnie w trakcie swojego uśpienia, co sprawiło, że ich powroty na scenę spotkały się z niezwykłym zainteresowaniem.

JO: Jaki rodzaj sal koncertowych lubisz najbardziej? Małe kluby, wielkie festiwale, stadiony, stare amfiteatry, supernowoczesne sale? Gdzie chciałbyś zagrać najbardziej, nawet jeśli to miejsce nie istnieje?

CS: Mówiąc szczerze, lubimy grać wszędzie. Istotni są ludzie, którzy przychodzą na koncert. Aczkolwiek, nie przepadamy za salami bez miejsc stojących, z samymi siedzeniami. Graliśmy niedawno po raz pierwszy w Sao Paolo; sama sala była taka sobie, ale widownia śpiewała tak głośno, że musiałem stać obok perkusji, żeby móc ją słyszeć. Nigdy nie zapomnimy tego koncertu, chociaż nie mogę tego powiedzieć o samej sali.

JO: Twój styl gry na gitarze przypomina (w mojej ocenie) brzmienie Kevina Shieldsa, Johnny’ego Marra, Williama Reida. Czy był ktoś konkretny w Twoim życiu, kto zainpirował Cię do chwycenia gitary i tworzenia muzyki? Czy dziś, po latach, jest ktoś, kogo nazwałbyś swoim źródłem insiracji i motywacji?

CS: Dokładnie tak - Johnny Marr był tym, w którego ślady chciałem pójść, gdy wziąłem do ręki gitarę. Nawet ufarbowałem włosy na czarno. Wyglądały okropnie, a moja gra na gitarze była jeszcze gorsza. The Jesus & Mary Chain wywarli na nas ogromny wpływ. Brzmieli jak punk-rock – niesamowicie i porywająco – i czułem, że chciałbym grać w takim zespole. Jednocześnie, potrafili pisać doskonałe piosenki, co jest wyjątkową kombinacją umiejętności. Podobnie Kevin Shields. Mnóstwo ludzi próbuje kopiować jego styl, dlatego że brzmi nowatorsko i porywająco. Ale poza tym pisał też doskonałe piosenki, w których nie chodziło tylko o dźwięk. Duży wpływ na mnie także dwaj muzycy z grupy Cocteau Twins: Robin Guthrie oraz Simon Raymonde. Zawsze uwielbiałem brzmienie basu Simona, podobnie jak dźwięki gitary Robina. Gdy byliśmy w trasie z Low byłem urzeczony tym, jak gra Alan (Sparhawk). Ma mały wzmacniacz i kilka efektów, a mimo to brzmi wyjątkowo. Zero ściemy, wszystko pod kontrolą. Poza tym to bardzo miły gość.


JO: Mówi się, że każdy Anglik ma swój ulubiony klub piłkarski, któremu kibicuje całe życie. Dla kogo w piłce bije Twoje serce? Czy to prawda, że jesteś pasjonatem fińskiego futbolu?

CS: Mój ojciec nikomu nie kibicuje. Kiedyś zabrałem go na mecz i wydawało mu się, że podczas przerwy w połowie meczu kibice przesiadają się na drugą stronę stadionu. Jak byłem mały kibicowałem Liverpoolowi, bo wtedy byli najlepsi na świecie. Mieszkałem wtedy w Reading, gdzie lokalna drużyna zawsze grała w niższych ligach, więc mogłem kibicować obu tym klubom. Ale od kiedy Reading gra w Premier League nie jest to już takie proste. Poza tym większość mojej rodziny kibicuje Leeds United, więc jestem pod presją. Owszem, przez wiele lat prowadziłem stronę internetową poświęconą reprezentacji Finlandii i jeździłem na większość ich meczów. Doszło do tego, że Fiński Związek Piłki Nożnej dał mi wejściówki na murawę; mogłem zatem przebywać wśród ekipy na boisku, robić zdjęcia drużynie w takich miejscach jak Amsterdam Arena. To był świetny czas i nieco surrealistyczny.

JO: Patrząc wstecz na swoją karierę, czy uważasz że osiągnąłeś to, o czym marzyłeś pod koniec lat 80-tych, czy też po prostu cieszysz się tym, co los przyniesie?

CS: Gdy byłem dzieciakiem marzyłem tylko o tym, żeby wydać płytę. Wszystko ponad to było premią od losu. Gdy graliśmy na festiwalu Primavera widziałem tysiące ludzi na widowni przy zachodzie słońca, co przechodziło moje najśmielsze pojęcie. Tym bardziej, że kilka dni później musiałem wracać do pracy, gdzie wszyscy myśleli, że grywam z zespołem w jakimś pubie.

JO: Co sprawia, że czujesz się spełniony jako muzyk, artysta? Płyty, fani, koncerty? Czy artysta w ogóle może być „spełniony”?

CS: Nigdy nawet przez chwilę nie myślałem o sobie jako muzyku. Moim celem jest nagranie płyty z jakiej będę szczerze zadowolony.

JO: Wasza wizyta w Polsce trzy lata temu była wielkim wydarzeniem. Dla wielu osób Wasz powrót był czymś nie z tego świata. Czy miałeś jakieś oczekiwania przed tym koncertem i czy masz jakieś teraz, przed Waszym pierwszym występem klubowym w Warszawie?

CS: To był jeden z najlepszych koncertów tej trasy. Nigdy nie graliśmy w Polsce, więc zakładałem, że nikt nas nie zna i przyjdzie niewiele osób. Okazało się, że czekał na nas wielki tłum, który przyjął nas bardzo entuzjastycznie. Bywałem w Polsce dosyć często w ostatnich latach i szczególnie podoba mi się Gdańsk. Co do Warszawy, jak zawsze liczymy, że przyjdzie dużo ludzi, a my postaramy się zagrać najlepiej jak potrafimy.

JO: Biznes muzyczny zmienił się nie do poznania przez ostatnie 20 lat: zaistniał internet, upadło MTV, radio uległo marginalizacji. Czy masz jakieś rady z własnego doświadczenia dla młodych zespołów, które usiłują działać w dzisiejszych czasach?

CS: Żaden młody zespół nie będzie szukał porady u starego piernika jak ja! Grunt to mieć na oku gościa, który pilnuje kasy. Nasz dawny księgowy skończył w więzieniu! Mamy to szczęście, że dziś opiekują się nami właściwi ludzie.

JO: "Slowdive" ukazało się między innymi na kasecie magnetofonowej. Myślisz, że taśma wróciła na dobre, czy jest to tylko chwilowa moda?

CS: Nie mam pojęcia! Kiedyś uwielbiałem mój stary czterościeżkowy sprzęt, na którym mogłem nagrywać różne rzeczy. Próbowałem uruchomić go niedawno, ale nie zadziałał. Mówiąc szczerze wolę taki sprzęt niż komputery.

JO: Co sądzisz o nowoczesnych sposobach dystrybucji muzyki, takich jak Spotify, YouTube, pliki do ściągnięcia, itp.? Artyści nie są jednomyślni w tej kwestii i wielu prominentnych twórców odmawia publikowania swojej muzyki w tego typu kanałach.

CS: No cóż, byłbym hipokrytą gdybym je beznamiętnie skrytykował, gdyż sam z nich korzystam. To świetny sposób na odkrywanie nowych zespołów. Myślę, że to ważne, aby ludzie nie traktowali muzyki jako czegoś za darmo, oraz usiłowali wspierać zespoły, które lubią – kupując płytę lub bilet na koncert. Mam nadzieję, że Spotify i inni zmienią stawki wynagrodzenia muzyków za streaming. Obecne były ustalane na samym początku istnienia tych serwisów i nikt nie sądził, że kiedykolwiek stanie się to wiodącym trendem.

JO: Media społecznościowe przybliżyły artystów do fanów. Co o tym sądzisz? W jaki sposób serwisy internetowe pomagają artystom? A może stają im na przeszkodzie?

CS: Większość zespołów dobrze sobie z tym radzi. Najważniejsze zalety to brak pośredników handlowych oraz bezpośrednia interakcja z fanami. Dla nas to wielkie wsparcie, chociaż i tak nie mamy tyle czasu, aby odpowiedzieć na wszystkie wiadomości.

JO: Ostatnie pytanie – nie potrafimy przewidzieć jak potoczy się życie, ani nie zmienimy tego, co już się stało. Czy w Twojej karierze było coś, co zrobiłbyś inaczej, gdybyś mógł, czy też wszystko do tej pory układało się po Twojej myśli?

CS: Fryzury z wczesnych lat.

JO: Dziękuję za wywiad. 

SLOWDIVE - Warszawa, Palladium, 02.10.2017 (INFO O BILETACH)


Rozmawiał: Jakub Oślak