Wywiady

Algiers

2017-08-23

Po udanym występie na ubiegłorocznym Kraków Live Festival, eksperymentalny zespół Algiers powróci do Polski w listopadzie, by zagrać trzy koncerty – w Poznaniu, Warszawie i Wrocławiu. Grupa jest w trakcie promocji swojej drugiej płyty „The Underside Of Power”, która ukazała się w czerwcu. Kilka dni temu miałem okazję porozmawiać z wokalistą grupy, Franklinem Jamesem Fisherem. Mimo lekkiego przeziębienia, muzyk okazał się dość otwartym rozmówcą.

Rozmowa z: Franklin James Fisher

MM: Jaka w twoim odczuciu jest różnica między Algiers dzisiaj, a okresem sprzed dwóch lat, kiedy wydawaliście pierwszą płytę?

FJF: Różnica jest zasadnicza – obecnie gramy koncerty (śmiech). Kiedy wydawaliśmy pierwszy album, nie graliśmy praktycznie wcale na żywo. Dopiero z czasem zrozumieliśmy, co chcemy przekazać za pomocą naszych występów. Także to nie tylko główna różnica, ale też kluczowa kwestia w funkcjonowaniu naszego zespołu.

MM: Podczas pracy nad „The Underside Of Power” pracowaliście z Adrianem Utleyem z Portishead. Jak się poznaliście i czyj to był pomysł, by zaprosić go do współpracy?

FJF: Nasza wytwórnia Matador zasugerowała nam kontakt z Adrianem, ponieważ pracował nad poprzednią płytę Perfume Genius. W ubiegłym roku zagraliśmy dwie trasy festiwalowe w Europie, a pomiędzy tym musieliśmy znaleźć czas na nagranie tego materiału. Nie było go wiele, ale Adrian zgodził się na współpracę z nami. Bardzo dobrze nam się razem pracowało, natomiast o ile początkowy proces rejestracji zamknął się w dwóch tygodniach, o tyle reszta produkcji zajęła blisko pół roku. Adrian jeździł za nami po kilku różnych studiach, by móc dokończyć tę płytę. To było dosyć stresujące i nie takie przyjemne, jak na początku. Natomiast ta sytuacja dała nam możliwość współpracy także z takimi ludźmi Ben Greenberg. Pozwoliło nam to także inaczej spojrzeć na całość płyty.

MM: Nagrywaliście w kilku studiach, m.in. w studiu Real World należącym do Petera Gabriela. Jak to się stało, że trafiliście właśnie tam?

FJF: To zasługa Adriana i Aliego Chanta. To oni mieli kontaktyz ludźmi z tego studia i dzięki temu mogliśmy tam pracować. Dla nas było to o tyle niecodzienne, że trafiliśmy do naprawdę wspaniałego miejsca, bo nigdy w takim studiu nie pracowaliśmy. A nie mieliśmy wówczas dokończonych wszystkich utworów... Paradoksalnie więc sami stworzyliśmy sobie mało komfortową sytuację w bardzo komfortowych warunkach. Musieliśmy być bardzo kreatywni, bo czas mijał, a budżet na sesję w Real World się kończył. Spędziliśmy tam około 10 dni, ale to tylko ułamek, jaki zajęła cała sesja. 

MM: Dla mnie „The Underside Of Power” brzmi dość poetycko i ma wiele różnych znaczeń oraz konotacji. Wiem, że jedną z inspiracji była „Dżuma” Alberta Camusa. Coś jeszcze stanowiło dla Was źródło inspiracji?

FJF: Tak naprawdę nasze inspiracje nieszczególnie się zmieniły od czasu pierwszej płyty. Wiesz, nie jesteśmy mainstreamowym zespołem. Nie piszemy o rzeczach popularnych. Nadal poruszamy kwestie, które są dla nas ważne w kwestiach politycznych, ekonomicznych, czy rasowych.

MH: A czy któryś z pomysłów, który znalazł się na „The Underside Of Power” sięga czasów „Algiers”?

FJF: „Mme Rieux” jest piosenką, która została nagrana wcześniej. Natomiast wszystkie pozostałe utwory zostały napisane specjalnie na tę płytę.


MM: W kwestiach muzycznych też się nic nie zmieniło? Słyszę tutaj więcej brzmień atmosferycznych i elektronicznych, niż na poprzedniej płycie.

FJF: Tak, chcieliśmy troszeczkę rozwinąć każdy z elementów, który słychać było na „Algiers”. Na przykład ciężkie piosenki staraliśmy się zrobić jeszcze bardziej agresywne, a lżejsze chcieliśmy uczynić jeszcze słodszymi. Kluczowa okazała się tutaj przestrzeń. Ludziom zdarza się nadawać naszym piosenkom jakichś wielkich znaczeń. A dla nas najważniejsze było stworzenie w miarę klarownego obrazu tej płyty.

MM: A jaki to obraz?

FJF: Próbuję cały czas dojść do tego, co tak naprawdę stworzyliśmy (śmiech). Wszystko, co dzieje się wokół jest bardzo inspirujące. Zwłaszcza dramatyczne sytuacje. Natomiast mamy w zespole do siebie zaufanie, wiemy, co każdy z nas lubi i niezależnie od tego, co nas spotyka, potrafimy współpracować ze sobą.

MM: Skoro mowa o dramatycznych kwestiach – „Bury Me Standing” brzmi jak ścieżka dźwiękowa do horroru. Jest jednak na tyle krótkie, że traktuje je jak interludium. Mógłby być dłuższy.

FJF: A to jest akurat interesująca kwestia. To kompozycja Lee (Tesha, gitarzysty – przyp. MM) i Matta (Tonga, perkusisty – przyp. MM). Numer powstał podczas trasy w wyniku improwizacji i próbowaliśmy go w różnych miejscach. Początkowo nie planowaliśmy wrzucać go na płytę. Pierwotnie rzeczywiście był dłuższy, natomiast podczas masteringu doszliśmy do wniosku, że lepiej będzie brzmiał w tej krótszej wersji. Ale kto wie – jeśli będziemy świętowali dwudziestopięciolecie tej płyty, to wydamy ją w dłuższej wersji (śmiech).

MM: Słuchając waszych tekstów, odnoszę wrażenie, że wierzycie, że muzyka może wywołać rewolucję?

FJF: Hmm, nie jestem pewien. Chyba nie. To dość skomplikowane... (chwila zamyślenia). Osobiście nie postrzegam siebie jako rewolucjonistę muzycznego. Ale wiem do czego zmierzasz. Wydaje mi się, że muzyka może być tak samo polityczna, jak inne dziedziny. Trudno bowiem uciec od polityki na co dzień. Jest praktycznie wszędzie. Muzyka może jednak wywołać jakąś reakcję, ale dopiero ta reakcja może spowodować rewolucję. Myślę, że nikt z nas w zespole nie ma złudzeń w kwestii roli muzyki, która sama w sobie miałaby być rewolucyjna. To wszystko dzieje się etapami, dlatego nie sądzę, że muzyka może wywołać bezpośrednią rewolucję.

MM: Zagracie w listopadzie w Polsce 3 koncerty. Wiele osób na nie czeka, zwłaszcza ci, którzy nie mogli was zobaczyć w ubiegłym roku na Kraków Live Festival.

FJF: Powiem Ci, że my też czekamy na te koncerty. Tak jak już wspominałem – ubiegłoroczny objazd festiwali był bardzo intensywny i szybki, więc cieszymy się, że teraz będziemy mogli zagrać pełnoprawne koncerty u was.

MM: Na koniec chciałem zapytać, czemu nie lubicie Erica Claptona?

FJF: Nie pamiętał już, który z nas to powiedział. Chyba Ryan (Mahan, basista – przyp. MM). Ale rzeczywiście sam też nie znoszę Erica Claptona, choć Cream było w porządku. Natomiast uważam, że ten skurwiel zawłaszczył naszą kulturę, zbił na niej majątek, a następnie oficjalnie wspierał różnych politycznych oprawców. Na przykład w latach 80. wspierał rasistowską petycję w Wielkiej Brytanii skierowaną przeciwko emigrantom, którzy są innego koloru skóry, niż biały. Zresztą w biznesie muzycznym mnóstwo jest takich osób, które legitymują się dyskryminującymi poglądami. Ale tak jest w każdej branży. 

MM: Dziękuję za rozmowę.

Foto: matadorrecords.com  

Algiers:

08.11.2017. Poznań, Meskalina

09.11.2017. Warszawa, Niebo

10.11. Wrocław, Firlej

Info: www.go-ahead.pl 


Rozmawiał: Maciej Majewski