Wywiady

Jan Gałach Band

2017-09-21

Jan Gałach Band wydał wreszcie długo oczekiwaną, drugą płytę zatytułowaną przekornie „In The Studio”. Materiał prezentuje mocną mieszankę ciekawych i interesujących brzmień okołobluesowych, znanych zresztą z energetycznych koncertów grupy. O kulisach powstania krążka i jego licznych niuansach opowiedział nam lider grupy.

Rozmowa z: Jan Gałach

MM: Wiem, że nad tą płytą pracowaliście dwa lata. Część pomysłów jest Twoja, a część autorstwa pozostałych członków zespołu. Zostały Wam jakieś utwory, które nie znalazły się na płycie?

JG: Jest taki utwór, który nie znalazł się nie tylko na tej, ale także i na poprzedniej płycie. Chciałem go trochę przerobić, natomiast miałem problem z wokalem w tym numerze. Akurat wtedy, gdy nagrywaliśmy wokalista, którego upatrzyłem sobie do tego kawałka, wyjechał do Londynu. Jest to bardzo gospelowy numer. Trzeba mieć specyficzną barwę i skalę głosu, aby wszystko odpowiednio zagrało, dlatego też na próżno go szukać na naszych koncertach.

MM: Płyta nosi tytuł „In The Studio”. Czy to znaczy, że możemy się tez spodziewać płyty w wersji live?

JG: To jest tylko dopisek „In The Studio”, bo płyta była nagrana w studio (śmiech). Chcieliśmy, żeby nazywała się po prostu „Jan Gałach Band”. Wyszło jak wyszło. Planujemy nagrać płytę koncertową, ale na nią trzeba będzie trochę poczekać – przynajmniej rok. Musimy dojrzeć do pewnych rzeczy.

MM: Czy zatem tę płytę nagrywaliście na setkę?

JG: Jest nas w zespole za dużo, żeby nagrywać taki materiał w ten sposób. Nie starczyło nam po prostu miejsca w studiu nagraniowym. Wiele rzeczy chłopaki dogrywali do moich „pilotów”, a kiedy przyszła kolej na mnie, to nagrałem wszystko jeszcze raz na czysto.

MM: No właśnie, na tej płycie mnóstwo się dzieje. W „Saint Tropez” po tej dynamicznej, pulsującej części pierwszej, numer przechodzi dość zaskakująco w taką dość spokojniejszą część w stylu Pink Floyd. 

JG: „Saint Tropez” fantastycznie wypada na żywo. Na płycie, ze względów technicznych, musieliśmy poskracać niektóre rzeczy. Na koncertach to już zupełnie inna bajka. Utwór jest tak zbudowany, żepod koniec jest bardzo cicho, po czym jest takie dosyć mocne uderzenie. To wybija ludzi, którzy na przykład za dużo gadają. Mieliśmy taką sytuację we Wrocławiu, kiedy w klubie na koncercie robiło się właśnie tak cicho i spokojnie, po czym przyłożyliśmy gwałtownie, aż jednej z pań sztućce wypadły z rąk (śmiech).

MM: W tym utworze zresztą pojawiają się brzmienia przypominające flet, a tymczasem są to przecież Twoje skrzypce.

JG: Zgadza się. To są różne patenty. Gram przez kaczkę wah-wah. Do tego mam delaye i taki multiefekt cyfrowy, który kreuje różne, ale moje brzmienia. Zależy mi na tym, żeby mieć własny, rozpoznawalny styl.

MM: Kim jest ufoistka?

JG: O to musiałbyś zapytać Mirona Białoszewskiego, bo „Skakanka Ufoistki”, to jego wiersz (śmiech).

MM: A skoro przy tym jesteśmy – czemu w książeczce płyty nie ma tekstów?

JG: Już teraz mamy książeczkę składającą się z podziękowań od każdego z nas. Dodanie jeszcze poszczególnych tekstów, czyli dodatkowych stron do poligrafii, stanowiłoby dla nas jeszcze większy koszt. A już było ich dużo: nowe logo, porządna okładka, sesja zespołu, o studiu nagraniowym, miksach i masterach nawet nie wspomnę.


MM: W utworze „Hyde” zaśpiewał Maciej Balcar, a kto wykonuje go na koncertach?

JG: Karolina (Cygonek, wokalistka Jan Gałach Band – przyp. MM). Ona ma sporą skalę głosu, więc znakomicie radzi sobie z tym utworem. Na płycie została przeze mnie trochę przymuszona do tego, by śpiewać lekko, ale na co dzień jest rockową wokalistką i jak trzeba, to potrafi przyłożyć.

MM: Lubisz cytrynówkę?

JG: A ktoś nie lubi? (śmiech).

MM: Pytam także dlatego, że to Twój najbardziej popisowy numer na płycie. Brzmień skrzypiec jest w nim najwięcej.

JG: Tak, choć to utwór, który powstał nawet przed pierwszą płytą. Wówczas jednak nie pasował mi w pierwotnej formie. Dopiero teraz zagrany na dwie perkusje zabrzmiał odpowiednio „allmanowsko”.

MM: Z kolei „Woman” jest dla mnie kwintesencją tej płyty. Brzmi jakby Jimi Hendrix spotkał Weather Report i jeszcze śpiewała w tym Janis Joplin.

JG: „Woman” ma długą historię, pierwsza część powstała jeszcze za czasów gdy Karolina grała ze swoim poprzednim zespołem, teraz my stworzyliśmy do niego własne aranże.  Druga część to już mój pomysł, który został doaranżowany przez resztę zespołu.

MM: Z drugiej strony „Moja Historia” to chyba taka Twoja muzyczna minibiografia?

JG: Trochę tak jest, tym bardziej, że w taki sposób komponuje na gitarze. Bez udziwnień i prosto. Chciałem, żeby zamknąć tę płytę właśnie w taki spokojny sposób.

MM: Przed Wami kolejne koncerty. Rozumiem, że tak jak na premierowym występie w Ostrowie będziecie grali płytę w całości?
JG: Tak, taki mieliśmy plan i udało się go zrealizować w 100%. Mamy nadzieję, że kolejne koncerty również będą kształtować się w takiej formie.

MM: A będą jeszcze jakieś teledyski?

JG: Jest teledysk do „Hyde’a”, a będzie jeszcze do „Aurory”. Mieliśmy również to szczęście, że Maciek zgodził się z nami pracować i „pokazać” w klipach. Drugi teledysk będzie o tyle ciekawy, że będzie połączoną historią, z tą zaprezentowaną w poprzednim. Nawet można usłyszeć pierwsze dźwięki „Aurory” pod koniec  „Hyde’a”.

MM: Dziękuję bardzo za rozmowę i do zobaczenia na koncertach!


Rozmawiał: Maciej Majewski