Wywiady

Grzegorz Kaźmierczak (Variété)

2017-10-19

Pod koniec września ukazał się nowy pierwszy od 4 lat album studyjny formacji Variété zatytułowany "Nie Wiem". Z tej okazji z liderem zespołu, autorem tekstów i wokalistą Grzegorzem Kaźmierczakiem spotkał się i porozmawiał nasz wysłannik Jakub Oślak.

Rozmowa z: Grzegorz Kaźmierczak

Jakub Oślak: Trzymam w ręku jeszcze gorący egzemplarz świeżo wydanej płyty „Nie wiem”. Jakie to uczucie – wydać płytę?

Grzegorz Kaźmierczak: To jest tak - chociaż to porównanie banalne i wyświechtane - jak z narodzinami dziecka. Powołuje się coś nowego na świat, ono rośnie, osiąga pewien wiek  po którym nie mam już na nie wpływu, musi sobie radzić samo. Tak samo jest z płytą; zrobiło się wszystko co było można, żeby była jak najlepsza, wymarzona, jedyna, ostateczna wersja tego, co wydaje ci się, że potrafisz zrobić. I właściwie, gdy wychodzi na światło dzienne, praktycznie tracisz do niej prawa. Radzi sobie lub nie, żyje własnym życiem. I to jest bardzo ciekawe – obserwować jak sobie radzi. Ale jest też żal i smutek, że to właściwie koniec – twoja rola już się skończyła.

JO: Czy to znaczy, że jako artysta jesteś bardziej zaangażowany emocjonalnie w proces tworzenia, aniżeli etap radości z sukcesu?

GK: Wiesz, po to się generalnie to robi. Najprzyjemniejszy w tym wszystkim jest właśnie proces tworzenia, kiedy z niczego powstaje coś, kiedy powołujesz do życia nowe rzeczy, nowe byty, nowe wiersze, nowe piosenki. Najlepsze rzeczy powstają wtedy, gdy przed ich powstaniem, nic o nich nie wiesz. Wypływają nie wiadomo skąd, a tobie wydaje się, że to ty je tworzysz. Pozwalam sobie wtedy na poczucie, że jestem tylko tym, który je zapisuje, tym, który staje się narzędziem. Zmierzam do tego, że czuję się mądrzejszy o to, co napisałem, jest "mnie o to więcej". Jest to bardzo przyjemne, bo czujesz, że się nie kurczysz a poszerzasz. Przynajmniej w sferze psychicznej (śmiech)

JO: Zgaduję jednak, że Twoje emocje przy nagrywaniu Waszej pierwszej płyty były zgoła inne, niż przy nagrywaniu płyty numer 9?

GK: Właśnie to jest dobre w pisaniu i graniu, że nie ważne czy masz lat 19 czy 50, to emocje są zawsze takie same. Zawsze jesteś przestraszony czy jesteś w stanie jeszcze cokolwiek nowego zrobić. Zawsze z tyłu głowy niepokój, czy to co zrobisz będzie, w ogóle wartościowe, istotne i fajne. Z drugiej strony, kiedy to się udaje, emocje sięgają apogeum i są wręcz narkotyczne - dla nich się to robi.

JO: Wspomniałeś o strachu; czy jest on podyktowany tym „co ludzie powiedzą”, czy też „czy mi się uda”?

GK: Czy mi się uda. Zanim to puścisz do ludzi, to przechodzi przez te wszystkie twoje filtry i sita. Dopiero jak przez nie wszystkie przejdzie, kiedy sprawdzisz, że to co zrobiłeś jest przede wszystkim prawdziwe, nie narysowane czy wymyślone, że nie jest tego za mało czy za dużo – że trafia i oddaje to, co chciałeś powiedzieć. I że to się samo broni. Kiedy sprawdzisz, że to po prostu działa, wtedy to wypuszczasz do ludzi. Dopiero wtedy strach jest jakby mniejszy. Gdy jesteś o tym sam przekonany i zgodzisz się sam ze sobą, że to jest OK, wtedy zdanie ludzi jest sprawą jakby drugoplanową. Oczywiście – jest wspaniale, kiedy ten feedback od odbiorców rzuca dodatkowe światło, jakby z innej strony, innego kąta, pokazując inne płaszczyzny tego, co zrobiłeś. Jednak właściwym strażnikiem, który wypuszcza to na światło dzienne, lub nie, jesteś ty sam.

JO: Czy masz jakiś jeden definitywny papierek lakmusowy, którym sprawdzasz czy robota została dobrze wykonana?

GK: Kiedy czuje, że to jest prawda; że nie oszukuję, sam siebie, wewnętrznie. Po drugie – kiedy to działa, kiedy jest w tym energia. Sama prawda może być bardzo nudna, po prostu nie do zniesienia, niestrawna. Musi być w tym i prawda i energia.

JO: Czy patrzysz, nasłuchujesz tego, co mówią ludzie o tym co zrobiłeś?

GK: Pewnie, czytam recenzje. Jednak w dobie mediów społecznościowych ten feedback jest zupełnie inny niż 20 lat temu, kiedy dowiadywałeś się o sobie głównie metodą: jeden powiedział, że drugi powiedział... że płyta jest super, całą noc słuchał. Jedynym momentem weryfikacji odbioru nowych piosenek były koncerty. A teraz jeszcze płyta się nie ukazała, a już są setki postów – jest szum.

JO: Czy nie jest to jednak taki biały szum – jest go dużo, ale do niczego nie prowadzi?

GK: Zdecydowanie tak jest. Tak naprawdę kontakt ze sztuką, obojętnie jakiej dziedziny, jest procesem dosyć intymnym. Jeśli nie jesteś sam na sam z tym utworem, wierszem, obrazem – jeśli nie wejdziesz z nim w jakiś psychiczny, wewnętrzny dialog, to zostają tylko pozory.

JO: Wiem, że nie przepadasz za pytaniami o Jarocin, o lata 80-te, o zaginioną taśmę-matkę i słynną zimną falę...

GK: Myślę, że jedną z głównych ról artysty jest niepowtarzanie się. Jeżeli się powtarza, znaczy że coś z nim jest nie tak. Albo robi to dla pieniędzy, albo dlatego, że nie ma pomysłów – mówiąc bardzo brutalnie. Odwoływanie się do lat 80-tych jest dla mnie cofaniem się, powtarzaniem nastroju, muzyki, tekstów i atmosfery okresu, który bezpowrotnie minął.

JO: ...dlatego też nie będę o nie pytał. Ale zapytam o coś, co jest pewnym pokłosiem tamtych lat. Odbiorcy kojarzą Was przede wszystkim z zimną falą i taśmą-matką. Skąd ta łata? Czy cały pozostały Wasz dorobek nie jest w pewnym sensie walką z ową łatą?

GK: Traktuje to jako element, z którym trzeba się zmagać. Walczymy o to, żeby z tych ciemnych rejonów wypłynąć na trochę jaśniejszą powierzchnię. Jest to nieustanne zmaganie się z przeciwnościami, a my ciągle się z nimi zmagamy. Myślę, że to jest również przyczyną tego, że to ciągle żywy, zdrowy i świeży zespół.

JO: Czy owe przeciwności miały wpływ na tak wiele zmian składu?

GK: To w końcu ponad 30 lat grania. Ten skład ewoluował, jedni się wykruszali, drudzy przychodzili. Najdłużej gram z Markiem Maciejewskim – ostatnio policzyliśmy, że prawie 30 lat. Marek grał już na drugiej płycie, czyli „Variete” w 1992 roku i od tamtej pory jest znaczącą postacią w każdym sensie, ale także kimś w rodzaju rękojmi brzmienia i atmosfery. Wiem, że część słuchaczy odbiera Variété przez pryzmat tekstów, ale nie jest to zespół autorski. Proces tworzenia muzyki jest bardzo demokratyczny; robimy to wspólnie i staramy się otaczać takimi ludźmi, muzykami, którzy są twórczy i czują się dobrze w takiej formule grania, jaka wypracowała się w Variété i wnoszą w ten proces całe swoje serce i duszę. Tak też jest w przypadku ostatniej płyty.

JO: Co jest punktem wyjścia dla Waszych piosenek – czy są to Twoje wiersze, czy jest to byt niezależny?

GK: Nie. Wiersze i piosenki to są jakby dwie równoległe ścieżki. Ja zawsze piszę – czuję się poetą, który zawsze ma przy notes i po prostu pisze - teraz już nie notes, ale iPad i wreszcie mogę się doczytać (śmiech). W momencie gdy przychodzi moment nagrywania płyty, zawsze mam pod ręką małe archiwum z tekstami. Gdy robię dzień odsłuchu, tego co nagraliśmy, to staram się zrozumieć o czym jest piosenka i znaleźć odpowiedni tekst. Jeśli nie znajduję, wtedy piszę od nowa tekst który wydaje mi się oddawać to, o czym ta piosenka mówi muzycznie. Muzyka i teksty to dwa równoległe procesy, a najistotniejszy jest moment, kiedy się one ze sobą łączą. Te zaślubiny są kluczową sytuacją. Jeżeli ta operacja się uda, powstaje zupełnie nowa, trzecia wartość, przekraczają  znaczeniowo i emocjonalnie to co wynika z samej muzyki i tekstu. Wtedy właśnie powstają najlepsze piosenki.  

JO: Twoje teksty i wiersze również sporo ewoluowały. Jaki wpływ ma na Twoje teksty i muzykę to gdzie jesteś, w jakim czasie jesteś, no i z kim jesteś w zespole?

GK: Odejście od tych mroków lat 80-tych to długi, psychologiczny proces rozwoju osobistego i świadomości samego siebie pod każdym względem, wychodzenia z pewnego rodzaju traum, a jednocześnie poruszania się geograficznie. Od momentu, gdy mając 17 lat wyprowadziłem się od rodziców, mieszkałem w niemal 30 mieszkaniach. W wielu miastach i krajach. Poruszanie się jest dla mnie istotnym elementem. Nie chce się czuć zastałym, cały czas w tych samych butach. Z drugiej strony jest to ciągłe przepracowywanie tych wszystkich negatywnych emocji, jakie towarzyszyły tobie, gdy mając 19-20 lat oglądałeś w Polsce stan wojenny. Mój rozwój osobisty - tak jak wszystkich moich rówieśników - przebiega właściwie równolegle z rozwojem wolności w Polsce.


JO: Idę napisać taki wiersz jak przyspieszenie w najlepszym aucie; to jedna z najbardziej intrygujących fraz na nowej płycie... czy wywołanie takiej emocji to właśnie Twój nadrzędny cel, gdy siadasz do wiersza, czy muzyki?

GK: To powinna robić sztuka z człowiekiem. Powinien się czuć tak, jakby usiadł w dobrym samochodzie i ktoś wcisnął gaz do dechy. Często mnie pytają, czy czuję się poetą czy autorem tekstów, jak cię ludzie odbierają? Gdy się nad tym zastanawiam, to mnie to w ogóle nie obchodzi. Natomiast bardzo mnie obchodzi, żeby to działało. Ja mam być jak Ajax albo Domestos – ja mam działać. Chcę opowiadać o swoich emocjach i wiem, że jeżeli zrobię to dobrze, to ludzie to poczują. Jako zespół chcemy zabierać słuchaczy w podróż, a ja chciałbym być takim delikatnym przewodnikiem w tej podróży.

JO: Często jako Twoje główne inspiracje przytacza się Rafała Wojaczka, Jima Morrisona...

GK: Nie mam jakiś bezpośrednich inspiracji poetyckich, to znaczy nie mam takich poetów, w których wierszach zaczytywałbym się i mówił: jakie to świetne, chciałbym tak pisać. Jestem tym kim jestem, mam swoją optykę i swój język i zdaję sobie doskonale sprawę, że skoro już kiedyś coś zostało napisane, to nie ma sensu tego powielać. Natomiast odpowiadają mi artyści, u których jest jednorodność życia i twórczości - używało się na to kiedyś terminu życiopisanie - np. London, Kerouac, Bukowski, Rimbaud, może, Stachura...

JO: No właśnie – Stachura. To było moje skojarzenie przy słuchaniu nowej płyty. Jest w niej, jak i jego poezji, coś dziwnie optymistycznego i podróżniczego zarazem.

GK: Być może jest tu coś wspólnego ze Stachurą, ten rodzaj afirmacji, olśnienia, które spływa na człowieka nie wiadomo skąd, a on stara się to jak najszybciej zapisać, żeby nie uciekło. Paradoksalnie, Stachura 20 lat temu był bogiem, a teraz jest praktycznie zapomniany.

JO: Wśród nowych tekstów pada Jestem przerażony, jestem wolny. To brzmi właśnie jak olśnienie, silny moment który sprawił, że słychać w Twoim głosie uśmiech i pewność siebie. Nie było tego wcześniej, gdy śpiewałeś o pogrzebanej wierze, cmentarzach, etc.

GK: Jeżeli tak jest, to dobrze. To znaczy, że się udało – wzbić wyżej.

JO: Pomiędzy „Wieczorem przy balustradzie” a „Nowym materiałem” miało miejsce blisko 10 lat przerwy... czy był to okres zwątpienia, wypalenia?

GK: Owa przerwa wynikała z momentu, który przychodzi w życiu trzydziestokilkuletnich mężczyzn, którzy zakładają rodziny, którym pojawiają się dzieci. Stają wtedy w obliczu pewnego nacisku - nagle okazuje się, że sztuka może i przynosi satysfakcję, ale nie przynosi pieniędzy, a przynajmniej nie takich, na których można by oprzeć swój byt. To są trudne wybory. Kilku kolegów odeszło a odbudować zespół nie było wcale tak prosto.

JO: A wreszcie po jego odbudowaniu, nadszedł zupełnie inny styl. „Nowy materiał” jest wręcz jazzowy.

GK: Od kiedy po raz pierwszy pojawiłem się w studiu nagrań poczułem, że jest mi w nim magicznie, że to jest miejsce w którym zawsze chciałbym być. No i postanowiłem nauczyć się (cały czas się uczę) trudnej i szlachetnej sztuki realizacji dźwięku. Założyłem pierwsze studio, potem drugie, zacząłem po prostu pracować jako realizator dźwięku. „Nowy materiał”, pierwszy po tej długiej przerwie, jest właśnie efektem tego, że po raz pierwszy mieliśmy nieskrępowany dostęp do studia i mogliśmy nad płytą porządnie popracować. Wcześniej było tak, że musieliśmy w ciągu tygodnia, wszystko nagrać i zmiksować, i być zadowolonym lub nie. Najczęściej nie. Brak czasu i podejście realizatorów - brak ich emocjonalnego zaangażowania - powodował, że byliśmy zawsze rozczarowani. „Nowy materiał” to pierwsza płyta, z której byliśmy zadowoleni.

JO: Odnoszę wrażenie, że od płyty „Nowy materiał” mamy do czynienia z nowym Variété. Styl zespołu uległ fundamentalnej zmianie, a nawiązywanie do starszych nagrań jest podejmowanie niechętnie – gruba kreska?

GK: Tą muzykę już mamy za sobą. To już robiliśmy. Nagraliśmy jedną taką płytę, drugą, trzecią, w tym tą którą skradziono, czyli „Bydgoszcz ‘86”, potem „Variete” oraz „Wieczór przy balustradzie” – i jeszcze „Koncert Teatr STU”. To są płyty tego starego typu. A teraz - trzymając się tego podziału - jest już pięć nowego typu.

JO: Macie na koncie występy na dużych festiwalach (Jarocin, Castle Party), na deskach teatrów (Teatr STU, PPA), w małych klubach, a nawet epizod z graniem na ulicy, oczywiście nie z powodów ekonomicznych, tylko dla frajdy... Gdzie gra się Wam najlepiej? Gdzie czujesz się najlepiej jako performer?

GK: Jak już grać na ulicy, to tylko w Nowym Jorku (śmiech) Każde z tych miejsc ma swoją specyfikę; ale nie chce opowiadać truizmów, każdy uczestnik koncertów - obojętnie z której strony sceny - doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Najlepiej gra się wtedy kiedy czuje się otwartość i koncentrację słuchaczy na tym co robisz.

JO: Czy wspominanym wcześniej papierkiem lakmusowym dla nowego materiału nie jest właśnie publiczność koncertowa i reakcja na żywo?

GK: Wydaje mi się, że odbiór muzyki odbywa się na dwóch poziomach. Intymnie, gdy siedzisz w swoim pokoju, jesteś z nią, a ona cię gdzieś przenosi lub nie. Albo idziesz na koncert. No i wtedy masz zupełnie inne emocje. Jesteś wśród ludzi, ich emocje udzielają się tobie, jest duże nagłośnienie etc. To są te dwa momenty, w których obcujesz z muzyką. Jeden i drugi jest fajny, ale który jest ważniejszy tego nie jestem w stanie powiedzieć.

JO: Modus operandi Variété zawsze była oryginalność oraz niezależność artystyczna. Przez te wszystkie lata na pewno wiązało się to z dużymi wyrzeczeniami. Czy dziś przy wydaniu płyty „Nie wiem” są one już częścią rutyny i doświadczenia, czy nadal rynek muzyczny, szczególnie w Polsce, potrafi stawać kością w gardle?

GK: Ja nie ogarniam polskiego rynku muzycznego. I nie do końca mnie on - mówiąc szczerze -interesuje. Wiem natomiast jedno: jeżeli nie ma autentyczności, prawdy ze strony artysty, to nie ma sztuki. Kiedy tego nie ma, staje się to zabawą z publicznością, jakąś grą, innym tworem, który ma wychodzić naprzeciw czyimś gustom muzycznym. Jest niby muzyka, są niby teksty. Ale to nie jest sztuka. Sztuka musi mówić o człowieku, o jego kondycji, i mówić w taki sposób, żeby było widać tego człowieka poprzez tę sztukę. W sposób nowy i świeży, bez tych wszystkich pseudo-psychologicznych kalek, szablonów i kolorowanek. Ta cała sfera komercji, muzycznej konfekcji, celebryckości i poradników "jak żyć", mnie nie interesuje, musiałbym przestać być artystą, a zostać... piosenkarzem?

JO: Czy określiłbyś przebieg Twojej kariery, która trwa już ponad 30 lat, po tych wszystkich płytach i wierszach, ze wszystkimi zmianami składu, stylu, przerwami, pracą realizatorską w studiu, jako rodzaj przypadku, zrządzenia losu – czy też planu?

GK: Na pewno nie masz na to wpływu co ci lepiej wychodzi, a co gorzej. Tego nie można wypracować. To musisz mieć, albo nie. "Albo się z tym rodzisz, albo bez tego umierasz" - jak mawia pewien mój znajomy kapitan jachtowy. To nie jest zależne od ciebie. Natomiast to, co z tym zrobisz – jak najbardziej. Szczególnie jak masz 19 lat, występujesz w Jarocinie i od razu go wygrywasz. W takich momentach dostajesz mocne potwierdzenie, że warto to robić. Jesteś doceniony. I to cię ustawia na całe życie. A co z tym potem robisz, z tymi talentami, które skądś przyszły... mówi się, że jeżeli istnieje pojęcie grzechu, to jednym z nich jest niewykorzystanie swojego potencjału.

JO: Czy w wieku 19 lat, gdy miał miejsce ów Jarocin, czy okiem wyobraźni widziałeś siebie dziś, w pięknym studiu, w prestiżowej dzielnicy Warszawy, wydając kolejną już płytę, mając pewną osobistą jak i zespołową markę, nie poddając się komercyjnym wpływom?

GK: To ostatnie podobało by mi się najbardziej, że jako 50-latek zachowałem artystyczną niezależność. Ta cała obudowa nie jest ważna, w momencie w którym nie robisz prawdziwej sztuki, wtedy to wszystko nie ma znaczenia.

JO: Jak głosi zespół The Shipyard – Music is the only chance. Jesteś artystą, poetą, muzykiem, kompozytorem, realizatorem dźwięku... Istnieje życie bez muzyki?

GK: Dla mnie pewnie nie. Tak samo mógłbyś mnie zapytać czy istnieje życie bez literatury – też bym odpowiedział, że nie. Staram się poruszać równolegle w tych światach, są one dla mnie równoważnie istotne. Życie bez sztuki, funkcjonowanie społeczeństwa bez sztuki, byłoby nieludzkie.

JO: Co sądzisz o nowoczesnych kanałach dystrybucji muzyki, np. Spotify? Dorobek Variété jest tam obecny w całości.

GK: Mam do tego stosunek ambiwalentny, bo innego - jak każdy muzyk - nie mogę. Z jednej strony, każdy, na całym świecie, ma dostęp do tego, co robisz. Z drugiej, nie masz z tego praktycznie żadnych pieniędzy. Stawki za pobranie lub odsłuchanie utworu na serwisach streamingowych, są tak niskie, że praktycznie żadne. A przecież te portale doskonale sobie radzą finansowo, ich zyski są liczone w miliardach dolarów. Wszyscy są niby wygrani: publiczność, słuchacze, szefowie firm, a przegrani są ci, których można brzydko nazwać twórcami contentu. Nie jest to sprawiedliwe. W tym całym interesie najbardziej pokrzywdzeni są muzycy. To wszystko wpływa także na sprzedaż płyt. No ale cóż, rynek się zmienia. Wiem, że jest wśród kolegów muzyków wiele pomysłów jak tą sytuację uzdrowić – jakieś fundacje, organizacje, związki zawodowe. Ja nie mam do tego ani zdrowia, ani głowy, ale im kibicuje. W Polsce jest zresztą tak samo jak na całym świecie: kiedy uprawiasz sztukę komercyjną, dla mas, kiedy masz miliony odsłon, kiedy grasz dla nastoletniej publiczności – wtedy masz pieniądze. Kiedy uprawiasz sztukę – to ich nie masz.

JO: Variété jest na fali wznoszącej. Nowa płyta brzmi doskonale. „Piosenki kolonistów” – świetna płyta. Wcześniej „Zapach przejścia”. Czy uważasz się za artystę spełnionego, czy też artysta spełniony to artysta skończony? Czy główną motywacją w tym wszystkim jest samo poszukiwanie, czy osiąganie?

GK: Ja już zastanawiam się co by tu dalej zrobić. Spełnionym nie czuję się nigdy. Może wtedy gdy rodzi się dobra piosenka. Satysfakcja trwa kilka godzin, może dni. Granie koncertów, kiedy jest dobry odbiór i wszystko się zgadza, jest równie spełniające. Ale chyba największa satysfakcja płynie w momencie, gdy tworzy się absolutnie coś nowego. 

JO: Dziękuję za rozmowę. 


Rozmawiał: Jakub Oślak