Wywiady

Warhaus

2017-11-26

Maarten Devoldere z belgijskiej grupy Balthazar nagrał drugą solową płytę pod szyldem Warhaus. Opowiedział nam między innymi o procesie powstawania albumu, fascynacji twórczością Dr. Johna oraz zdradził nam kiedy możemy się spodziewać nowej płyty Balthazar.

Rozmowa z: Maarten Devoldere

- Nowa płyta Warhaus jest zatytułowana po prostu „Warhaus”. Duży kontrast w porównaniu z debiutanckim albumem, który nosił tytuł „We Fucked The Flame Into Being”. Dlaczego zdecydowałeś się na tak krótki tytuł?

- Tytuł debiutanckiej płyty Warhaus był nieco groteskowy. W przypadku drugiego albumu, najpierw nagrałem piosenki, następnie powstała okładka, na której jestem ja i się uśmiecham, a dopiero na końcu zacząłem zastanawiać się nad tytułem. Pomyślałem, że skoro jestem na okładce, to nazwę ten album swoim pseudonimem czyli po prostu „Warhaus”. Nieoficjalnie używam też tytułu „The Smile Album”, co budzi skojarzenia z pierwszą płytą The Velvet Underground. Widnieje na niej banan i jest często nazywana „The Banana Album”. 

- Nowe kompozycje powstały podczas ubiegłorocznej trasy Warhaus oraz twojej wyprawy do Kirgistanu. W jaki sposób ten proces podróżowania wpłynął na brzmienie piosenek z „Warhaus”?

- Komponowałem podczas tournée Warhaus, gdyż nie miałem innego wyjścia. Bardzo rzadko bywałem wtedy w domu. Natomiast do Kirgistanu pojechałem przede wszystkim po to, by przez miesiąc być w pełni skoncentrowanym na tworzeniu muzyki. Gdy jestem w Gent, gdzie mieszkam, jest mi ciężko skoncentrować się na komponowaniu. Mam tam przyjaciół, często się z nimi spotykam, wychodzimy na drinka i tak dalej. Mój pobyt w Kirgistanie nie zainspirował mnie muzycznie, lecz dał mi możliwość spokojnej pracy bez żadnych przerywników. Podobnie było zresztą w przypadku pierwszego albumu Warhaus, który tworzyłem na łodzi. 

- Ale w kompozycji „Dangerous” pojawiają się dźwięki egzotycznych instrumentów…

- Tak, ale nie mają one niczego wspólnego z moim pobytem w Kirgistanie.

- Jedną z inspiracji dla Ciebie podczas nagrywania „Warhaus” był debiutancki album Dr. Johna „Gris-Gris” z 1968 roku. Co tak Cię fascynuje w tej płycie?

- Są tam kompozycje kojarząc się z klimatami voodoo, który bardzo lubię. Możesz przy tych utworach tańczyć, ale nie tak jak w klubie, ale tak jak robią to tancerze voodoo. Moja dziewczyna Sylvie uwielbia tańczyć przy „Gris-Gris” i gdy to robi, zawsze przypomina mi o szczególnym klimacie tego albumu. Chciałem na „Warhaus” odtworzyć coś z klimatu płyty Dr. Johna, stąd między innymi słychać tu afrykańskie instrumenty perkusyjne i słychać ten wyjątkowy, pulsujący rytm.


- Wspomniałeś o Sylvie Kreusch, którą też słychać na „Warhaus” w kilku kompozycjach. Z tego co wiem, jesteście charakterologicznymi przeciwieństwami. Ona jest pełna energii, a ty jesteś spokojny i wyważony. Jak się porozumiewacie na płaszczyźnie artystycznej?

- Warhaus to mój solowy projekt, więc jej rola polegała przede wszystkim na zaśpiewaniu tego, co ja stworzyłem i doradzaniu mi, czy to co skomponowałem jest OK. Oczywiście doceniam to, że jej głos tworzy na tej płycie szczególny nastrój. Sylvie jest też dla mnie inspiracją, ale raczej nie nazwałbym jej moją koleżanką z Warhaus.

- Ale do nagrania nowej płyty zaprosiłeś muzyków z koncertowego składu Warhaus. Czy mieli oni wpływ na to, jak brzmią te utwory?

- Tak, i to istotny wpływ. W przeciwieństwie do debiutu, który był dopracowany w najdrobniejszych szczegółach, tym razem chciałem, aby podczas rejestracji nowych kompozycji było dużo improwizacji oraz, co najważniejsze, by te utwory zostały nagrane na żywo. Dałem im wolną rękę w kwestii ogrywania pomysłów, które ja im dostarczyłem. Bardzo mi się spodobał ten staromodny sposób tworzenia piosenek. Zwłaszcza w kontekście tego, jak nagrywa się muzykę współcześnie. Wszystko jest zaprogramowane, klinicznie czyste, bezduszne.

- Gdy rozmawialiśmy rok temu po wydaniu debiutanckiej płyty Warhaus, powiedziałeś mi, że była to płyta podsumowujące Twoje dotychczasowe 30 lat życia…

- Tak, nieciekawe i mroczne 30 lat (śmiech)…

- Jestem ciekaw, co tym razem było Twoją inspiracją?

- W dużej mierze to samo, co na poprzedniej płycie. Piszę o wydarzeniach z mojego życia. Różnica polega na tym, że na „Warhaus” piosenki są bardziej dosłowne. Nie muszę już niczego udowadniać, co robiłem na „We Fucked A Flame Into Being”. Dlatego wtedy do każdego utworu wrzucałem wiele elementów i tematów. Tamta płyta była mroczniejsza i bardziej pesymistyczna niż „Warhaus”. Są tam takie utwory jak „Brussels”, który napisałem po rozstaniu z moją ex. Teraz jestem szczęśliwym człowiekiem, co widać chociażby na wspomnianej już wcześniej okładce płyty. Na „Warhaus” są piosenki, które mogę nazwać hymnami na cześć miłości. To naprawdę jest „The Smile Album”.

- Na początku października tego roku wystąpiłeś na festiwalu songwriterskim w Opolu. Uważasz siebie za klasycznego songwritera?

- Tak, ale jednocześnie i biznesmena (śmiech). 

- Kiedy możemy spodziewać się nowej płyty Balthazar?

- Po zakończeniu trasy z Warhaus zaczynamy pracę nad nową płytą Balthazar. Będziemy ją nagrywać przez całą zimę i chcemy, by była gotowa najpóźniej w kwietniu 2018 roku. Potem będę znowu koncertował z Warhaus, a premierę albumu Balthazar planujemy po przyszłorocznych wakacjach.

- Dziękuję za rozmowę.


Rozmawiał: Grzegorz Szklarek