Wywiady

Arrested Development

2017-12-01

W tym roku minęło 25 lat od wydania najsłynniejszej płyty Arrested Development – „3 Years, 5 Months and 2 Days in the Life Of...”. Grupa jest właśnie w trasie, na której wykonuje na żywo prawie wszystkie utwory z tego krążka. Krótko przez niedawnym koncertem w warszawskiej „Progresji”, spiritus movens grupy, Speech, opowiedział mi nie tylko o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości swojego muzyki zespołu, robiąc jednocześnie mini wykład o historii muzyki hip hop.

Rozmowa z: Speech

MM: W 1992 roku zobaczyłem teledysk do „People Everyday”. Pomyślałem sobie wówczas, że jesteście raperami ze wsi. Dopiero później dowiedziałem się, że pochodzicie z Atlanty. Czy w jakikolwiek sposób identyfikowaliście się z tamtejszą sceną?

Speech: Tak, natomiast my zawiązaliśmy się zanim powstały wszystkie te zespoły jak Outkast, czy Goodie Mob. Scena z Atlanty była czymś zupełnie nowym dla kultury hip hop. Miała swoje niuanse dzięki takim artystom jak MC Shy D, czy Jermaine Dupri. Zresztą JD był pierwszą osobą, jaką poznałem w tej branży, która zdobyła kontrakt nagraniowy.  Promował wówczas grupę żeńską o nazwie Silk Tymes Leather. Drugą taką postacią był Dallas Austin, który był producentem Joyce Irby z grupy r&b o nazwie Klymaxx. Scena Atlanty w tamtym okresie jeszcze się formowała i dopiero dawała pierwsze oznaki tego, czym może się stać w przyszłości. Wszyscy ci artyści bazowali w dużej mierze na brzmieniu Miami Bass. Nie było jeszcze wówczas u nich patentów rodem z Nowego Jorku z ciężkimi samplami oraz mocnymi, a przede wszystkim szybszymi bitami. Wszystko było nieco wolniejsze. Natomiast jeśli chodzi o brzmienie Arrested Development, to w tamtym czasie było ono zupełną nowością dla tych, którzy już na tej scenie byli. Wcześniej nikt tam nie mieszał śpiewu gospel, czy bluesa z hip hopem. To nas wyróżniało także w porównaniu z brzmieniem Wschodniego i Zachodniego Wybrzeża. Na Zachodzie rządził g-funk i gangsta rap, zaś na Wschodzie inspirowano się Jamesem Brownem i jazzem. My natomiast zaczęliśmy samplować artystów takich jak Buddy Guy, czy Junior Wells oraz więcej śpiewaliśmy. Budowaliśmy harmonie wokalne, ponieważ bliżej nam było do muzyki gospel. To trochę inna energia. Później Orgnized Noize rozbudowali tę formułę, wzbogacając je dodatkowymi instrumentami.

MM: Oglądałeś ten film dokumentalny o Organized Noize na Netflixie?

Speech: Oczywiście. Jest zajebiście zrobiony.

MM: Wasz drugi album „Zingalamaduni” nie odniósł  takiego sukcesu jak „3 Years, 5 Months and 2 Days in the Life Of...”. Niejednokrotnie mówiłeś, że to wina wytwórni, która zawaliła jego promocję. Stwierdziłeś też, że gdyby ten album dotarł do szerszej publiczności, wówczas świadomy rap by nie umarł. Miałeś wrażenie, że w tamtym czasie rzeczywiście takiego świadomego rapu już nie ma?

Speech: Owszem. Na początku lat 90. różne siły toczyły bitwy między sobą. Byliśmy jedną z ostatnich ekip, która wykonywała taki świadomy rap i jednocześnie odnieśliśmy spory sukces, bo „3 Years, 5 Months and 2 Days in the Life Of...” sprzedało się w 4 milionach kopii. Objechaliśmy z nią cały świat, podobnie jak Public Enemy, którzy chwilę wcześniej poradzili sobie jeszcze lepiej. Ale nie dotyczyło to wszystkich w tym kręgu. Zwróć uwagę, że A Tribe Called Quest nie sprzedawali w tamtym czasie milionów płyt. Tak więc byliśmy jedną z ostatnich grup tego typu, która potrafiła dotrzeć do szerszej publiczności, bo już w 1994 i w 1995 roku Nowy Jork ponownie wyszedł przed szereg. Grupy takie jak Wu-Tang Clan pozazdrościły południowcom sukcesu. Zgarnialiśmy wszystkie nagrody typu Grammy, byliśmy na okładkach wszystkich najważniejszych magazynów muzycznych. Wszyscy gloryfikowali nas jako nową jakość w hip hopie. Tymczasem Nowy Jork uważał, że palma pierwszeństwa należy do nich. Styl Nasa był na to dowodem. Wu Tang Clan też chciał docierać szerzej. Nie i miałem nic przeciwko temu, bo uwielbiam zarówno Nasa, jak i ekipę Wu-Tang. Ale potem P.Diddy i cały ruch związany z Bad Boy Records wprowadził do gry postawę bycia potentatem w tradycji Russella Simmonsa, czy Andre Harrella – tworzenia oraz rządzenia prawdziwym imperium biznesowo i muzycznie. Nowy Jork chciał iść w te stronę, co rodziło konflikty. Do tego w 1996 roku weszło nowe prawo telekomunikacyjne, które pozwalało na przejmowanie kolejnych mediów w danych obszarach. Duże firmy komunikacyjne mogły kupować gazety, stacje radiowe i telewizyjne. To powodowało, że te firmy zaczęły decydować o tym, co będzie promowane. Promocja ograniczyła się wyłącznie do DJ-ów w lokalnych stacjach radiowych, którzy mieli wolność w promowaniu muzyki. W każdym razie decyzje zapadały w centralnych ośrodkach tych korporacji, gdzie ludzie nie mieli pojęcia, co się faktycznie dzieje na scenie. Liczyło się tylko to, kto da więcej. Odpowiadając na twoje pytanie – tak, taki obrót spraw moim zdaniem zabił świadomy hip hop, ponieważ gdy do głosu doszły korporacje, które zaczęły decydować o tym, co ma być grane w mediach, a tym samym nie miały żadnego interesu w tym, by promować taką muzykę jak nasza.


MM: W latach 90. Arrested Development było w jakimś sensie osobnym ruchem. Może nie tak wielkim jak Zulu Nation, czy Native Tongues, ale jednak zauważalnym. Zgodzisz się?

Speech: Szczerze mówiąc,bardzo chciałem uczynić Arrested Development większym ruchem - takim jak te, o których wspomniałeś. Krótko po wydaniu „3 Years, 5 Months and 2 Days in the Life Of...” zacząłem pracować z grupą o nazwie Gumbo. Jeśli Jungle Brothers stali na czele Native Tongues, promując innych artystów do spółki z De La Soul, czy A Tribe Called Quest, to Gumbo miało być właśnie taką grupą, którą my chcieliśmy pokazać szerzej. To się nie udało z powodów, o których wspomniałem wcześniej. Zero promocji, brak odzewu ze strony wytwórni. Hip hop zmienił się z gatunku, który wyszedł z potrzeb socjalnych w poważny biznes. Raperzy zaczęli pozować na biznesmenów. Pojawił się Biggie, który jak tylko podpisał kontrakt, wyskoczył z baggy jeansów w szykowane garnitury, kapelusze, laski i łańcuchy. Zaczęła się zupełnie inna energia w hip hopie.

MM: W ubiegłym roku wydaliście dwie płyty – „Changing The Narrative” i „This Was Never Home”. Pierwsza brzmi oldschoolowo, a druga przynosi brzmienia współczesne. Z czego wynika taki podział?

Speech: Jestem wielkim fanem nie tyle stricte oldschoolowego hiphopu, ile oldschoolowego podejście do tworzenia tej muzyki. Wiesz, mnóstwo sampli, wgryzanie się w stare płyty i szukanie odpowiednich rzeczy do zapętlenia, a następnie kreowanie własnej wersji danego utworu, dodawanie bitów i rymowanie do tego. To bardzo organiczny proces. DJ Premier nadal tak robi. Dla mnie to jedna z najlepszych metod tworzenia wartościowego hip hopu. Natomiast prawo w Stanach bardzo restrykcyjnie podchodzi do samplowania nagrań innych artystów. Jeśli wykorzystujesz fragment czyjegoś utworu, musisz zapłacić i to niemało. I nie zależy to tylko od długości samplowanego fragmentu, ale od samego faktu jego użycia. Dam Ci przykład. W „Tennessee” zrobiłem sampla tylko z tym jednym słowem, które wziąłem z „Alphabet Street” Prince’a. Wiesz, ile za niego zapłaciłem? 100 000 dolarów. Jedno słowo, żadnej melodii, żadnych czterech taktów! Doszedłem do wniosku, że skoro zrobiło się to tak drogie, a prawnicy zaczynają zarabiać więcej na takich sprawach, niż artyści, których reprezentują, postanowiliśmy wypuścić oba te albumy za darmo. Wcześniej bywało tak, że używaliśmy sampli artystów, którzy nie mieli nawet firmy publishingowej. Więc nawet nie zarabiali na swoich własnych nagraniach. W przypadku tych dwóch płyt, nie wzięliśmy ani grosza i inni też na tym nie zarobią. „Changing The Narrative” jest płytą w naszym własnym wypracowanym stylu, natomiast „This Was Never Home” miało na celu pokazanie, że jesteśmy też na bieżąco z tym, co obecnie dzieje się w muzyce, a zarazem zwrócenie się do młodszej publiczności, której nawet nie było jeszcze na świecie, gdy zaczynaliśmy naszą przygodę z muzyką. Lubimy współczesne brzmienia. Oczywiście nie wszystkie, ale te, które wykorzystaliśmy, nie rażą sztucznością, która w moim mniemaniu rozmija się z całą ideą hip hopu.

MM: Inspirujesz się tymi współczesnymi brzmieniami w jakimś stopniu?  

Speech: Jasne. Uwielbiam to, co robią Drake, Kendrick Lamar, Frank Ocean, J. Cole, czy Rick Ross. Jest wielu artystów, których bardzo szanuje w muzyce.

MM: Masz też na koncie kilka albumów solowych. Jak ważne są dla Ciebie te solowe dokonania w porównaniu z tym, co nagrywasz z Arrested Development?

Speech: Znaczna część moich solowych płyt jest wynikiem okoliczności, w których powstały. Tworząc muzykę, nie zastanawiam się, do którego projektu ją wykorzystam. Po prostu piszę. Dopiero później przychodzi refleksja, co z tym zrobić dalej. Najpierw kreatywność, potem przeznaczenie. Uwielbiam tworzenie muzyki zarówno dla Arrested Development, jak i na płyty solowe. Co ciekawe - pod koniec dnia jestem bardziej kreatywny, niż np. rano., dlatego lubię pracować w nocy. Staram się też nieustannie rzucać sobie wyzwania twórcze, zamiast spoczywać na laurach i odcinać kupony od tego, co już zrobiłem. Wolę działać kreatywnie i przekonywać się, czy nadal potrafię to robić dobrze.

MM: Planujesz zatem kolejne solowe wydawnictwo?

Speech: Zdecydowanie. W tej chwili składam kawałki, które znajdą się na mojej kolejnej solowej płycie. Jest ich dziesięć. Pojawi się prawdopodobnie w przyszłym roku. Piosenek mam zresztą bardzo dużo. Niektóre z tych, które wybrałem, napisałem 8 lat temu. Dla mnie jednak wciąż są świeże. Nie piszę muzyki na potrzeby chwili. Wolę żeby to, co tworzę miało swoją jakość. Chcę, żeby piosenki dojrzewały.

MM: A jak widzisz Arrested Development w przyszłości?

Speech: Trudne pytanie. Mam nadzieję, że to, co najlepsze wciąż przed nami. Jesteśmy mocniejsi jako grupa bardziej, niż kiedykolwiek. Muzycznie i życiowo. Dojrzeliśmy do wielu kwestii, by móc poruszać się lepiej w przemyśle muzycznym. Poza tym wydaje mi się, że nie wydaliśmy jeszcze naszej najlepszej płyty. Teraz świętujemy dwudziestopięciolecie naszego najsłynniejszego albumu. Wierzę jednak, że to, co w nas najlepsze jeszcze pokażemy.

MM: Wiem, że nabyłeś prawa do większości swoich płyt. Możecie doprowadzić do ponownego wydania “3 Years, 5 Months and 2 Days in the Life Of...”?

Speech: Jeszcze nie, choć prawie wszystko już załatwiliśmy, jeśli chodzi o kwestie formalne w kwestii nabycia praw do tego albumu. Wiesz, to złożona kwestia, bo ta płyta odniosła wielki sukces, a niektórzy nadal czerpią z niej profity poza nami. Walczymy o to, by móc odzyskać wyłączność w kwestii tego albumu i wydać go ponownie. 

MM: Dziękuję za rozmowę. 


Rozmawiał: Maciej Majewski