Wywiady

Mew

2017-12-08

Duńska grupa Mew przyjechała do Polski na dwa koncerty. Zespół wystąpił 28 listopada w warszawskim klubie „NIEBO” i dzień później w gdańskim ”B90”. Mew cały czas promują swój siódmy krążek, zatytułowany „Visuals”, który okazał się w kwietniu tego roku. Krótko przed warszawskim koncertem, na krótką rozmowę udało mi się namówić basistę grupy, Johana Wohlerta, który opowiedział mi o zmianach w składzie, pomyśle na „Visuals” i fascynacji… Kingiem Diamondem.

Rozmowa z: Johan Wohlert

MM: „Visuals” to wasz pierwszy album nagrany pod odejściu gitarzysty Bo Madsena. Co jest przyczyną tego, że nie ma go już w zespole?

JW: Ooo, to długa i skomplikowana historia. Sytuację porównałbym do małżeństwa z długim stażem. Czasami się udaje, a czasem coś nie wychodzi. Współmałżonkowie przestają się dogadywać i wszystko się zaczyna sypać. W tym wypadku powiedziałbym, że to mąż odszedł. Natomiast decyzja, jaka zapadła pozostała między nami, a Bo.

MM: „To był ciężki rok dla świata, co wpłynęło na teksty utworów. Album przypomina o tym, żeby cenić tu i teraz" – to słowa Jonasa Bjerre’a na temat „Visuals”. Słuchając jednak tej płyty, słyszę tu mnóśtwo pozytywnych i przyjemnych melodii, głównie za sprawą brzmień elektronicznych.

JW: Zgadza się. Myślę, że ten album to bardzo dobra mieszanka podnoszącej na duchu warstwy muzycznej i przejmujących, a momentami nawet dołujących tekstów. Tak przynajmniej jest w kilku piosenkach, które są dość ciężkie lirycznie. Ale chyba wiem, co masz na myśli, bo sam podobnie podchodzę do odbioru muzyki – najpierw słyszę dźwięki, melodie, harmonie, a dopiero potem zwracam uwagę na teksty.

MM: Jaki w takim razie był wasz pomysł na ten album?

JW: Chodziło nam przede wszystkim o zrównoważenie muzyki i tekstów. Nie chcieliśmy, by się pokrywały w wydźwięku, ale by były na przeciwstawnych biegunach. Zależało nam także na tym, by piosenki miały groove i były nośne. A ponieważ jesteśmy bez gitarzysty, skupiliśmy się bardziej na brzmieniach perkusyjnych i klawiszowych. Chcieliśmy stworzyć dobry, popowy album trochę w stylu lat 80.

MM: No właśnie – te piosenki są bardzo popowe.

JW: I o to chodziło. To było jedyne wyjście, w jaką stronę poprowadzić te utwory, po tym, jak rozstaliśmy się z Bo.

MM: A kim jest ta postać na okładce płyty? Wygląda jak kosmita.

JW: (śmiech) To Jonas. Stworzyliśmy maskę kalejdoskopową na komputerze, a potem rzuciliśmy ją na projektor, który skierowaliśmy na jego twarz. Wyszło dość surrealistycznie (śmiech). Chodziło nam o stworzenie postaci eksperymentalnej.


MM: Rozumiem, że Jonas nie nosi takiej maski na koncertach?

JW: (śmiech) Niee, musiałby grać w Slipknot, albo w The Knife, żeby takie coś nosić.

MM: Wielokrotnie w recenzjach waszych płyt pisano, że wykorzystujecie elementy rocka progresywnego. Porównywano was nawet do Yes. A ja się zastanawiam, czy kiedykolwiek słuchaliście rocka progresywnego?

JW: Na pewno nie słuchaliśmy żadnego współczesnego rocka progresywnego, czy też neoprogu. Wszystkie te bandy typu Marillion są nam zupełnie obce. Uwielbiamy jednak stare rzeczy z tego gatunku, jak wczesne nagrania Genesis, czy Pink Floyd. Yes też może być, pod warunkiem, że nie jest przekombinowany i zbyt ujazzowiony (śmiech). Zawsze jeżeli w tych nagraniach jest piękna melodia, to się w nich zasłuchuję. Natomiast jeśli te melodie przechodzą w jakieś przekombinowane wariactwa, natychmiast to wyłączam (śmiech). Pod tym względem absolutnymi mistrzami są King Crimson. „In the Court Of The Crimson King” to arcydzieło! Natomiast późniejsze ich płyty są już dla mnie troche przekombinowane.

MM: W tym roku mija dwadzieścia lat od wydania waszej debiutanckiej płyty „A Triumph For Man”? W 2006 roku wznowiliście to wydawnictwo. Planujecie zrobić to ponownie?  

JW: Hm, na pewno nie w tym roku i na pewno nie z tą płytą. Zrobimy coś jednak z „Frengers” (trzeci album Mew – przyp. MM), od którego wydania minie w przyszłym roku piętnaście lat. Natomiast „A Triumph Of Man” wciąż jest dostępne w tej wersji, o której wspomniałeś.

MM: Jesteście chyba najsłynniejszym eksportowym zespołem Danii, obok Kinga Diamonda i Aqua?

JW: No proszę, jesteśmy w świetnym towarzystwie (śmiech). Zaczynaliśmy, kiedy Aqua była na topie. Znam się z ich klawiszowcem i producentem Sørenem Rastedem i z wokalistką Lene Nystrøm. To świetni ludzie. Natomiast jeśli chodzi o Kinga Diamonda, to nigdy go nie poznałem, a przyznaję, że fascynuje mnie jego twórczość. Wszyscy w Stanach myślą, że jest jakimś nadętym bucem, a tymczasem gość jest podobno spokojny i sympatyczny. Poza tym mieszka na stałe w Teksasie, więc nic dziwnego, że nie miałem go okazji poznać (śmiech).

MM: Na bieżącej trasie gracie głównie numery z „Visuals”?

JW: Nie, staramy się grać set przekrojowy. Oczywiście nie brakuje numerów z „Visuals”, ale nie przeładowujemy nimi programu.

MM: Poza wznowieniem „Frengers” planujecie coś szczególnego w przyszłym roku?

JW: Chcemy zagrać na festiwalach i na tym się głównie skupimy. Poza tym chcielibyśmy znowu przyjechać do Polski, bo dziś gramy pierwszy raz po 7 latach przerwy. Także wypatrujcie nas!

MM: Dziękuję za rozmowę. 


Rozmawiał: Maciej Majewski